:: mateusz halawa: teksty

Ziemia, planeta bez ludzi

Opublikowany w Polityka przez mhalawa w dniu 1 listopad, 2008

Mateusz Halawa

Wyobraźcie sobie Ziemię, z której zniknęli homines sapientes. Trudne? Współczesna kultura ostatnio coraz częściej podsuwa naszej wyobraźni efektowne wizje naszego zniknięcia z powierzchni planety.

Od bijącego kasowe rekordy animowanego filmu WALL-E, przez niedawno wydaną książkę „Świat bez nas” (Alan Weisman, polskie wydanie 2007), filozofujący dokument „Spotkania na krańcach świata” (reżyseria Werner Herzog, polska premiera 31 października), po najnowsze prace wielu filozofów, antropologów i socjologów – wszystko nam mówi, że obecność naszego gatunku na Ziemi zbliża się ku końcowi. A przynajmniej należałoby poważnie poddać w wątpliwość założenie, że koniecznie musimy istnieć, bo jesteśmy wyjątkowi. Wyobrazić sobie świat bez ludzi.

Przyjrzyjmy się temu bliżej, póki jeszcze tu jesteśmy.

Ziemia, rok mniej więcej 2800. Przez wyludnione miasto zasypane śmieciami sunie WALL-E, samotny robot, który z wytrwałością Syzyfa usiłuje nadal sprzątać to, czego posprzątać już się nie da. Ludzkość się poddała i ewakuowała z Ziemi; ludzie żyją na statkach kosmicznych, obsługiwani przez roboty, pogrążeni w konsumpcjonistycznym letargu, grubi i nudni. W jednym z kluczowych obrazów widzimy Ziemię z perspektywy kosmosu, tonącą w śmieciach pozostawionych przez ludzi. To po-ludzkie złomowisko rozciąga się zresztą też w przestrzeń kosmiczną, otaczając planetę grubym pierścieniem niepotrzebnych już nikomu satelitów. Wśród nich przemyka gdzieś sputnik (1957), ironicznie przywołujący obietnicę lepszego życia dzięki technologii. Ta nigdy nie spełniona obietnica, przekonuje WALL-E, już wtedy miała w sobie zalążek klęski ludzkości. Ludzie zniszczyli się sami.

Ziemia, współcześnie. Stacja Antarktyczna McMurdo to tysiącosobowe osiedle na być może najbardziej nieprzyjaznym ludziom skrawku planety. Do McMurdo za pieniądze amerykańskiej National Science Foundation przylatuje dokumentalista Werner Herzog. (- Ale nie po to, żeby kręcić film o słodkich i puchatych pingwinach – podkreśla). Z kamerą przygląda się pracy naukowców i inżynierów, którzy pracują w McMurdo. Pyta ich o motywacje, śledzi przygotowania do kolejnych wypraw, przygląda się nieziemskiemu krajobrazowi i fantastycznej naturze.

W jednej ze scen widzimy naukowców odpoczywających po ciężkim dniu pracy. Oglądają film katastroficzny, „Them!” („One!”), z 1954 roku. Nakręcony w czasie zimnowojennych niepokojów film, jeden z pierwszych w nurcie „kina nuklearnego niepokoju”, straszy atakiem gigantycznych mrówek, zmutowanych wskutek eksperymentów z bronią jądrową na pustyni w Nowym Meksyku. Przeniesiona w czasie i miejscu do odizolowanej od świata stacji arktycznej opowieść science-fiction o buncie natury przeciw człowiekowi może śmieszyć, ale Herzog sprawia, że wydaje się całkiem na miejscu.

Opowieść Herzoga o krańcu świata na Antarktydzie jest bowiem pretekstem do snucia rozważań o końcu (ludzkiego) świata na Ziemi. Ten momentami zachwycający, a momentami niesłychanie irytujący film w ciekawy sposób miesza różne ujęcia (braku) przyszłości ludzi na Ziemi. Współistnieją w nim wątki scjentystyczne (przyszłość znana dzięki naukowej prognozie), popkulturowe (przyszłość z fantazji science-fiction), a nawet pojawia się estetyka mistyczno-religijna (przyszłość ujawniana przez proroctwo?) – Jedno jest pewne – mówi Herzog w pewnym momencie. – Obecność ludzi na Ziemi nie jest do utrzymania. Podobne zdanie słyszymy w WALL-Em.

Wyginęły dinozaury, my jesteśmy następni, sugeruje Herzog. Ciekawsze jest dla niego zastanawianie się, co stanie się po naszym zniknięciu. Takie pytanie stawia sobie Alan Weisman, którego książka „Świat bez nas” nie tylko znakomicie się sprzedała, ale i zainspirowała serię dokumentalnych filmów telewizyjnych. (W Nowym Jorku plakaty z komputerową wizualizacją zawalonego i zarośniętego mostu Brooklynskiego w wyludnionym mieście wywieszone przez producentów filmu dokumentalnego sąsiadowały z plakatami hollywoodzkiej superprodukcji „Jestem legendą”, na których widniał zawalony most Brooklynski, w wyludnionym mieście). Rozwijając swój myślowy eksperyment Weisman odwiedza miejsca takie jak pierwotny las Białowieży („ciemny, tajemniczy las, w którym słychać wycie wilków, a z drzew zwisają tony mchu”), czy pas ziemi w strefie zdemilitaryzowanej pomiędzy Koreą Północną a Południową („mimowolnie utworzony rezerwat przyrody”).

Trudno zapomnieć efektowny opis Manhattanu, z którego zniknęli ludzie, i który w przerażająco, ale i fascynująco szybkim tempie zostaje odzyskany przez naturę. Tunelami metra zaczynają płynąć rzeki, trawie udaje się wydrzeć z niewoli trawników, w szybko powstających szparach asfaltu wyrastają drzewa. Wieżowce pochylają się, a później walą.

Weisman rozumie swój eksperyment jako rodzaj eko-terapii: W pewnym sensie eliminuje on wszystkie ludzkie obawy i powstrzymuje przerażającą falę depresji, która może nas ogarnąć, gdy słyszymy o wywoływanych przez ludzi problemach związanych ze środowiskiem i katastrofach, jakie mogą nam się przydarzyć (…) To bardzo przyjemny i prosty sposób na zmniejszenie niepokoju. A zastanawianie się, co stałoby się, gdyby nas już nie było, pozwala w nowy sposób ocenić to, co dzieje się obecnie, kiedy wciąż jeszcze jesteśmy (z wywiadu dla „Świata Nauki”).

Praca wyobraźni nad zniknięciem ludzi z powierzchni ziemi wiąże się z dowartościowaniem tego, co nie-ludzkie, a do tej pory pozostawało w cieniu wszechpotężnego człowieka. W odróżnieniu od szarpiących się z żywiołem ludzi, na przekór wszystkiemu usiłującymi hodować pomidory i prowadzić życie towarzyskie w nieludzkich warunkach, oceaniczne stwory Antarktydy wydają się w obiektywie Herzoga nie tylko pogodzone ze swoim życiem, ale i na swój sposób szczęśliwe.

Mimo, że pokazuje ludzi z całą sympatią, przez niezykłą scenerię Herzogowi udaje się w odniesieniu do homo sapiens osiągnąć to, co Brecht nazywał Verfremdungseffekt, efektem obcości. Na równych prawach w filmie pojawia się egzystencjalny dramat pingwina czy macierzyństwo foki, i to ludzie wydają się w tym świecie nie na miejscu,  nie tylko ze względu na niesprzyjający klimat.

Do tej pory „komedia ludzka” była gatunkiem humanistycznym. U Herzoga wydaje się post-humanistyczna.

Ostatnio bowiem pojawiają się głosy, że humanistyka już nie wystarczy, i czas na post-humanistykę. W czasach, w których manipulacje genetyczne, techniki przedłużające życie i technologie wszczepiane w ludzkie ciało zacierają granicę między ludźmi a maszynami, założenia humanizmu opartego na przekonaniu o absolutnej wyjątkowości człowieka zaczynają się chwiać. Teoretycy i badacze zaczynają szukać nowych pojęć i przyglądać się nowym hybrydom ludzi i maszyn, ludzi i zwierząt, ludzi i rzeczy. Antropologowie piszą książki o owadach, psach, drzewach, kamieniach i dziurze ozonowej. Socjologowie z równą uwagą śledzą relacje między ludźmi, jak między nieożywionymi przedmiotami. Filozofowie pytają o etykę, tożsamość i wyjątkowość człowieka w czasach, gdy za 350.000 dolarów możemy zamówić sekwencję swojego genomu z dostawą do domu, i gdy trwają prace nad klonowaniem i sztuczną inteligencją.

Popkultura reaguje na te debaty w charakterystycznie dwojaki sposób. Z jednej strony, jak to popkultura, upraszcza je i odziera z niuansów. Z drugiej jednak strony, wydając miliony dolarów na najlepszych scenarzystów i grafików komputerowych, niechcący stawia w centrum masowej uwagi problemy roztrząsane dotąd w dość wąskim gronie. Kto zobaczył pustą Ziemię dzięki „Planecie Małp”, „A.I. Sztucznej inteligencji”, „Jestem Legendą”, „WALL-Em” czy „Świecie bez nas”, długo nie zapomni tego widoku. Oczywiście twórcy sięgają po ten motyw nie po to, żeby nauczać, lecz po to, żeby straszyć lub zadziwiać. Ale im więcej takich filmów, tym łatwiej – już na bardziej refleksyjnym poziomie – pytać: czy ludzie rzeczywiście są tacy wyjątkowi?

W ten sposób współczesna kultura problematyzuje granicę między tym, co ludzkie, a tym co, nie-ludzkie. Jest to temat niezwykle produktywny narracyjnie: od fascynujących opowieści o dzikich dzieciach wychowanych przez zwierzęta, przez mit o Golemie i związane z nim historie o cyborgach i robotach, po bliskie spotkania trzeciego stopnia z kosmitami. Ale równolegle do rozrywki trwa praca wyobraźni w tak odległych sferach jak filozofia polityczna: czy małpy powinny mieć prawa na podobieństwo praw człowieka? Jeżeli nie, to jak to przekonująco uzasadnić? A jeżeli tak, to gdzie leży granica, skoro nie między ludźmi, a nie-ludźmi? Im dokładniej przyglądać się sprawie, tym mniej jasnych granic, i tym więcej odcieni szarości. Historycy opisują odbywające się w średniowiecznej Europie procesy sądowe zwierząt: w 1386 roku sąd skazał na śmierć świnię, która zabiła ludzkie niemowlę, w 1510 roku w Burgundii odbyła się rozprawa przeciw szczurom, oskarżonym o zniszczenie dużej części plonów. Na początku XXI wieku ekolodzy walczący z wycinką lasów zastanawiają się, czy drzewo może być stroną w ewentualnej rozprawie.

Te ostatnie przykłady stawiają pytanie tak: czy nie-ludzi traktować tak jak ludzi? Jakakolwiek nasza odpowiedź, samo pytanie brzmi stosunkowo niegroźnie. Wystarczy jednak je odwrócić („czy ludzi traktować tak samo, jak nie-ludzi?”) i od razu słychać, jak potencjalnie radykalne mogą być odpowiedzi. Na przykład brytyjski filozof John Gray w „Słomianych psach”, rodzaju zjadliwego pamfletu na ludzkość, nawołuje do radykalnego zerwania z przekonaniem o wyjątkowości ludzi i jakiejkolwiek istotnej różnicy pomiędzy nami, a innymi zwierzętami zamieszkującymi Ziemię: Większość ludzi uważa obecnie, że przynależą do gatunku, który może zapanować nad własnym losem. Mamy tu oczywiście do czynienia z wiarą, a nie z nauką. Nikt nie mówi, że nadejdą czasy, kiedy wieloryby albo goryle staną się panami własnego losu. Dlaczego akurat ludzie? – pyta Gray.

Rozpowszechnianie się obrazu Ziemi bez ludzi przenosi pytania posthumanistyki w codzienność milionów odbiorców mediów. W nowoczesnych społeczeństwach, zauważają socjologowie, ludzie zadają sobie pytania na temat skutków swojego postępowania odnosząc się do coraz wyższego poziomu abstrakcji: od najbliższego otoczenia po… no właśnie: planetę? Wszechświat?

Weźmy radykalizujące się myślenie ekologiczne, które na początku rozpoznawało kryzysy w bardzo małej skali (wyciek oleju z tankowca), by zacząć definiować je w skali planety (globalne ocieplenie, dziura ozonowa). W obu tych przypadkach mamy do czynienia z problemem, którym ludzie powinni się zająć. Ale stąd już niedaleko do wniosku, że kryzysem jest sama obecność ludzi na Ziemi, i to Ziemia w końcu zajmie się ludźmi, a nie ludzie Ziemią.

W słynnej książce „Zemsta Gai” James Lovelock rozwija tak zwaną hipotezę Gai, która ujmuje elementy biosfery jako funkcjonalny i złożony system, który w końcu zwalczy zagrażający mu gatunek ludzki, tak jak system odpornościowy niszczy patogeny. (Gray szeroko czerpie z Lovelocka). Ludzie na Ziemi zachowują się pod pewnymi względami jak organizmy patogeniczne, jak komórki raka, nowotworu – pisze Lovelock. Wraz ze wzrostem naszej liczebności zaczęliśmy tak bardzo przeszkadzać Gai, że nasza obecność stała się zauważalnym zakłóceniem (…) gatunek ludzki jest obecnie tak liczny, że stanowi poważną, planetarną chorobę. Gaja cierpi na primatemaję rozsianą – zarazę ludzką” (cytat za: John Gray, „Słomiane psy”).

Takie ujęcia mogą wiązać się albo z silnym pesymizmem (powstał już zresztą Ruch na Rzecz Dobrowolnego Wyginięcia Ludzi) albo z koniecznością gruntownego przemyślenia, co to znaczy być optymistą. Nie tylko nauki społeczne, ale i popkultura opowiada pesymistyczne i optymistyczne historie na poziomie globalnym.

W pewnym sensie ostatnie dekady popkultury nieustannie, nawet jeśli niechcący, promują „planetarny” punkt widzenia. Ludzie stworzyli broń teoretycznie pozwalającą zniszczyć swoją obecność na Ziemi? Mamy nie tylko zimną wojnę z kulminacją w kubańskim kryzysie rakietowym, ale i serię filmów katastroficznych o planetarnym zagrożeniu dla życia ludzi, takich jak „Them!”, który spotykamy w filmie Herzoga, oglądany przez naukowców na Antarktydzie. Ludzie stworzyli technologię pozwalającą im zobaczyć całą tarczę Ziemi w jednym kadrze? Wraz z rosnącą świadomością wzajemnych powiązań między procesami klimatycznymi, ekonomicznymi, politycznymi i kulturowymi, niebiesko-zielony glob staje się rozpoznawalnym kodem wizualnym globalizacji – od czołówek programów informacyjnych po logo instytucji finansowych. (Najsłynniejsze, pierwsze zdjęcie całej Ziemi pochodzi z 1972 roku). Filmy przyrodnicze przestają opisywać afrykańską sawannę, a zaczynają mówić o przyszłości, jak fenomenalna „Planeta Ziemia” BBC.

O ile w praktyce politycznej jeszcze do tego daleko, w zasilanej przez media wyobraźni milionów coraz częściej pojawiają się kategorie takie jak „planeta”, „biosfera”, czy „ludzkość”; dzięki mediom rodzi się codzienny „banalny kosmpolityzm”. Od świadomości narodowej do „świadomości ludzkości”? Dalej jest już tylko Ziemia bez ludzi. I tak w chwili, gdy nasza masowa wyobraźnia i filmowe spojrzenie skolonizowały już całą Ziemię i jej otoczenie, powoli zaczyna się myślowa dekolonizacja kontynentu.

Skrócony tekst ukazał się w “Polityce” 44/2008

Otagowano z:

Komentarze są wyłączone