e-współczucie
Paula Bialski, Mateusz Halawa
Masakra w kampusie Virginia Tech pokazała, jak z wymiany informacji w internecie rodzi się wspólnota emocji, wobec której tradycyjne media wydają się bezradne
Po strzelaninie w kampusie szkoły Virginia Tech w Blacksburgu miliony Amerykanów zamiast sięgnąć po telewizyjnego pilota, zaczęły szukać informacji w internecie. O dramatycznych wydarzeniach mówili tam sami ich uczestnicy, a dziennikarze relacjonowali ich relacje dostępne w sieci.
Dla reporterów opisujących wydarzenia w Virginia Tech znalezienie się na miejscu zdarzenia było tak samo ważne jak wejście do internetu. Otoczona żółtą policyjną taśmą przestrzeń, w której rozegrała się tragedia, miała odpowiednik w cyberprzestrzeni – bo również tam toczyło się codzienne życie kampusu. Studenci masowo porozumiewali się za pomocą internetowych komunikatorów, blogów i serwisów społecznościowych, takich jak Facebook.com (w grupie Virginia Tech jest 39 tysięcy profili użytkowników) czy MySpace.com.
Zabójca Cho Seung Hui nie miał w nim swojego profilu. Magazyn Slate.com zauważył, że to tylko potwierdza jego status „wyrzutka”. Bo w Virginia Tech, podobnie jak na innych amerykańskich uczelniach, internet nie jest przestrzenią dla anonimowych, wulgarnych, agresywnych wpisów – jego użytkownicy pokazują na zdjęciach siebie innym i rozmawiają ze sobą; to rodzaj kafeterii w kampusie, tyle że w sieci. Dla nich nie być online, to stawiać się poza społecznością.
Po masakrze uwagę szerokiej publiczności z całych Stanów przyciągnęły internetowe „miejsca” służące do osobistej komunikacji między wąską grupą osób, jak blog jednego ze studentów Bryce’a. „Moi przyjaciele mogli zginąć, wciąż płaczę” – pisał Bryce obok precyzyjnie zbieranych faktów i filmu nakręconego z okna. Bryce łączy role: jest dziennikarzem, któremu wolno płakać, i zszokowanym naocznym świadkiem, który umie zdobyć się na dystans. Nie ma co się dziwić, że chwilę później pod tekstem pojawia się komentarz: „Tu Falice Chin z telewizji CBC. Szukamy świadków w tej chwili, zadzwoń pilnie, dzięki!”. Gdzie indziej do internautów zgłaszają się „Boston Herald”, AP, MTV i „Los Angeles Times”.
Te „stare” media spotykają się z chłodnym przyjęciem: „Pozwól nam wykorzystać twój żal, pilnie, dzięki!” – ironizuje ktoś. Pojawienie się telewizyjnych researcherów zaburza emocjonalny kontakt twórcy blogu i jego czytelników; wszak siła relacji Bryce’a tkwi w zatarciu granicy między uczestnikiem wydarzeń a obserwatorami. Komentarz na blogu Bryce’a: „Trafiłam tu, bo szukałam czegoś, co mniej przypomina wiadomości, chciałam prawdziwych faktów, które media mogłyby przekręcić”. To charakterystyczne: blog zostaje tu uznany nie za opis rzeczywistości („wiadomości”), lecz za samą rzeczywistość.
Nie wystarczy jednak przeczytać, trzeba zobaczyć. „Muzeum pamięci jest dziś głównie zbiorem doznańła Susan Sontag. Jeden z pierwszych obrazów wydarzeń w Virginia Tech to niewyraźny film, na którym słychać strzały. Nakręcił go telefonem komórkowym i wysłał do CNN jeden ze studentów Jamal Albarghouti. Ponieważ nawet tak sprawne medium jak CNN nie jest w stanie szybko być na miejscu, Albarghouti z widza staje się korespondentem. wizualnych” – pisa
W tym samym czasie użytkownicy Wikipedii, internetowej encyklopedii, już dyskutują treść hasła „Virginia Tech massacre”. Zasób wiedzy na temat wydarzenia jest współtworzony przez samozwańcze grupy internautów, którzy podważają tradycyjną rolę medialnych ekspertów. Dan Gillmor na blogu Center for Citizen Media pisze, że „pierwszy szkic” historii coraz częściej piszą dziś w sieci uczestnicy wydarzeń, a nie dziennikarze. Gdyby zabójstwo Kennedy’ego zdarzyło się kilkadziesiąt lat później, „byłoby zarejestrowane przez tysiące osób z kamerami wysokiej rozdzielczości, które podłączono by do cyfrowych sieci o dużej przepustowości. Pasażerowie samolotów porwanych 11 września 2001 r. dzwonili z komórek do ukochanych i kolegów z pracy. Co by było, gdyby mogli wysyłać światu zdjęcia tego, co się dzieje, w środku tych skazanych na zniszczenie samolotów?”.
Dwa dni po tragedii w Virginia Tech kultura popularna i cyfrowe technologie okazują się jeszcze mocniej splecione z wydarzeniami w Blacksburgu. Okazuje się, że zabójca bezpośrednio przed masakrą nakręcił i zmontował film, uzupełnił tekstem i zdjęciami, nagrał na płytę DVD i wysłał do telewizji NBC. Ta przekazała płytę policji, ale też pokazała fragmenty tego (jak go nazwano) „multimedialnego manifestu”. Autoportrety Cho wraz z jego wypowiedziami obiegły świat. Niektórzy komentatorzy mówili o zbieżności wizerunków zabójcy z kadrami z koreańskiego filmu „Oldboy”. Wielu widzów, w tym rodziny ofiar, zaprotestowało. – Pokazywanie tego to jakby dalszy ciąg jego ataku na nas – mówił ojciec jednej z ofiar. Swoją kontrowersyjną decyzję telewizja tłumaczyła nie tylko na antenie, ale też w internetowym wideoblogu. „Nie chcieliśmy tej roli, ale to do nas przyszła ta przesyłka” – mówił Brian Williams z NBC.
Do niedawna wizerunek przestępców był kontrolowany przez władze – to one udostępniały mediom (lub nie) skonfiskowane zdjęcia i ujęcia wykonane do policyjnych kartotek, które pokazują sprawcę pojmanego, pod kontrolą i z nadanym mu numerem ewidencyjnym. Teraz to zabójca wysyła do mediów gotowy pakiet obrazów tak znaczących, że nie można ich nie wyemitować. Jednak nieuchronnie prowadzi to do skandalu, bo potępiając Cho Seung Hui, media utrwalają i wzmacniają wizerunek, który on sam zaprojektował. Stając po stronie ofiar, media są zmuszone mówić o tragedii obrazami podsuniętymi przez sprawcę.
Tragedia w Virginia Tech pokazuje przemianę w sposobie z korzystania z mediów – nie tak łatwo już oddzielić nadawcę od odbiorcy, dziennikarza od czytelnika, bohatera reportażu od jego autora. Role te mieszają się w społecznych sieciach wymiany informacji, blogach i komentarzach użytkowników.
Przynależność do sieciowej wspólnoty emocji, która wytworzyła się wokół tragedii Virginia Tech, to nie tylko wynik wstrząsu wywołanego dramatycznym wydarzeniem, ale też efekt wcześniejszego zaangażowania w inne internetowe zbiorowości, które okazują się częścią tej samej sieci. Na Facebook.com profile zabitych zamieniają się w interaktywne epitafia, stając się węzłami rozległej sieci współczucia i wsparcia.
„Gazeta Wyborcza” | 26 kwietnia 2007
Komentarze są wyłączone