:: mateusz halawa: teksty

Polaków portret sztuczny

Opublikowany w Polityka przez mhalawa w dniu 24 kwiecień, 2007

Mateusz Halawa

Co tydzień w pierwszym programie Telewizji Polskiej możemy – my, Polacy, zwykli ludzie – obejrzeć się w telewizji. A to za sprawą publicystycznego programu pod tytułem „Polacy“. Ten prowadzony przez Macieja Pawlickiego program jest znakomitą ilustracją wpisanej w logikę działania mediów tendencji do mówienia nie tylko o „wszystkich“, ale i w imieniu „wszystkich“. Krytyczny dystans do tego rodzaju przedsięwzięć powinien być podstawową cechą uważnego telewidza.

Z materiałów promocyjnych TVP: „to niezwykły program, w którym najważniejszym uczestnikiem jest 30 starannie dobranych osób, których poglądy w sposób wyrazisty reprezentują opinie 30 mln dorosłych Polaków. Grupa ta została wyselekcjonowane przy pomocy socjologów i odzwierciedla skład polskiego społeczeństwa pod względem wieku, płci, miejsca zamieszkania, zamożności, światopoglądu itp.“ Ostatnie tematy rozmów: walka z pedofilią, spór o dopuszczalność aborcji, eutanazja, popularność magii i czarów.

Przyjrzyjmy się (nie bez sceptycyzmu) temu ambitnemu przedsięwzięciu – oto telewizja publiczna, dbając o obiektywizm, naukowymi metodami (socjolodzy!) wyselekcjonowała reprezentatywną próbę Polaków i dała im głos. Dzięki temu – wreszcie, jak podkreślają twórcy programu – możemy słuchać prawdziwego głosu prawdziwej opinii publicznej; w telewizyjnym studiu zasiadło społeczeństwo.

Pomysł „Polaków“ przedstawiany jest przez TVP jako rewolucyjny i na wskroś demokratyczny – oto program, w którym (czytamy w materiałach promocyjnych) „telewizja publiczna odwraca kamery i mikrofony i oddaje głos ludziom. W tym programie Polacy zamiast tylko słuchać – mówią“. To bardzo charakterystyczne założenie, jakie czynią „Polacy“: w tym programie nie mówi nikt inny, niż my. Jest to właściwie program, który nie ma widzów w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, bo skoro jego bohaterowie mówią w imieniu Polaków, to każdy słuchacz jest tu mówcą.

Maciej Pawlicki, który „Polaków“ produkuje i prowadzi, mówił w „Gościu Niedzielnym“ o tym, że jest to program, który udziela głosu tym, którzy dotychczas milczeli. „W większości programów publicystycznych naszą rzeczywistość komentują w kółko te same osoby. Ich sądy niekoniecznie są wyrazem opinii społeczeństwa. My postanowiliśmy oddać głos zwykłym ludziom. U nas wypowiedzieć się może zarówno prawnik, jak i fryzjer“. „Tu Polacy naprawdę mają głos“ – słyszymy na początku programu.

Zmiany w publicystyce telewizji publicznej prezesa Bronisława Wildsteina („Polacy“ datują się właśnie od jego prezesury) były w dużej mierze tłumaczone koniecznością odzyskania dyskursu publicznego zawłaszczonego przez elity niemające nic wspólnego z wartościami ogółu Polaków. Mówiono o tym, że trzeba na nowo ukształtować sferę publiczną tak, by dotąd niewyrażane konserwatywne poglądy mogły zostać wyartykułowane. W przypadku „Polaków“ proces ten polega jednak nie na wymianie autorytetów, lecz na wprowadzeniu na ekran „zwykłych ludzi“ po to, by mówili sami za siebie. W „Polakach“ „debata – zachwala program TVP – nie ogranicza się do udziału elit, lecz przekłada ich język na zrozumiały dla zwykłego widza język codzienności“.

Ambitny plan „Polaków“ – mówią Polacy o ważnych dla nich sprawach w „programie publicystycznym, który dotyczy każdego“ – jeżeli potraktować go ze śmiertelną powagą, jaką prezentują jego twórcy, i doprowadzić jego założenia do logicznego ekstremum, prowadzi oczywiście do paradoksu. Skoro bowiem mówią tu zwykli ludzie o problemach zwykłych ludzi (więcej: każdego Polaka) – dlaczego „Polaków“ nie oglądają wszyscy? Populacja nieoglądających, której istnienie w przypadku każdego innego programu można wytłumaczyć odmiennością zainteresowań czy specyfiką grupy docelowej, w przypadku „Polaków“ podważa ideologię programu. Każdy Polak nieoglądający „Polaków“ jest bowiem potencjalnym dowodem, że nie wszyscy widzowie są w „Polakach“ reprezentowani i nie każdego widza sprawy telewizyjnych „Polaków“ zajmują. Słabe wyniki oglądalności byłyby wotum nieufności społeczeństwa wobec takiej jego medialnej reprezentacji. Tak oczywiście nie jest, ale osobliwy pomysł na program „Polacy“ zachęca do głębszego przyjrzenia się mechanizmowi tworzenia telewizyjnych autoportretów.

Skąd właściwie wiemy, że żyjemy w społeczeństwie? Anna Giza-Poleszczuk z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego: - Ponieważ nie znam „społeczeństwa” z własnego doświadczenia – bo to aż 40 milionów ludzi, a poza tym byt abstrakcyjny (istnieją ludzie, a nie społeczeństwo) – mogę się o nim dowiedzieć jedynie z informacji i diagnoz dostępnych publicznie, szczególnie formułowanych przez ekspertów. Czyli z mediów. To elity symboliczne i media budują obraz „polskiego społeczeństwa”.

Nie mogąc społeczeństwa ani w całości zobaczyć, ani usłyszeć, jesteśmy zdani na bezustanne posługiwanie się pojęciem, które powstaje w toku medialnej obróbki wybranych zdarzeń. „Społeczeństwo“ („opinia publiczna“) pytane jest o zdanie na temat wybranych kwestii, a później te „społeczne“ wypowiedzi analizowane są przez socjologów – speców od społeczeństwa. Całość ilustrowana jest wypowiedziami „zwykłych ludzi“.

„Zwykli ludzie“ to ulubiona telewizyjna formuła mówienia o świecie społecznym: w telewizyjnych programach informacyjnych informację o cięciach budżetowych lub proteście górników zazwyczaj ilustruje kilkusekundowa wypowiedź z sondy ulicznej. Bohater lub bohaterka – wyselekcjonowani przez dziennikarza, często niepodpisani imieniem ani nazwiskiem – choć mówią tylko w swoim imieniu, zostają przedstawieni jako vox populi, często głos „zdrowego rozsądku“. Problem w tym, że tak jak nie ma jednego zdrowego rozsądku, tak samo jak telewizyjne konstrukcje „zwykłych ludzi“ różnią się z programu na program, w zależności od tego, o czym telewizja chce mówić i w jaki sposób może się jej do tego przydać figura „zwykłego człowieka“.

„Zwykli ludzie“, których widzimy w „Polakach“, są bardziej konserwatywni obyczajowo niż „zwykli ludzie“, których mogliśmy oglądać w „Big Brotherze“. Ci pierwsi żyją polityką, ci drudzy – mogli się bez niej w życiu obejść. Sens obu programów telewizje objaśniały podobnie: pokażemy wam zwykłych Polaków. A rezultaty wyraźnie odmienne. „Społeczeństwo“ o którym mówi się w „Tok2Szoku“ Najsztuba i Żakowskiego ma się nijak do „społeczeństwa“, na które powołuje się Pospieszalski w „Warto rozmawiać“. Telewizja, gdy już skonstruuje nasz portret, natychmiast go instrumentalizuje.

Kategorie takie jak „społeczeństwo”, które wydają się istnieć niezależnie od telewizji, w jasny sposób okazują się wpisane w logikę działania mediów. W przypadku „Polaków“ ciekawa musiała być procedura castingu na Polaka lub Polkę – z jednej strony chodzi o zmieszczenie się w ramach narzuconych przez statystykę, z drugiej – jednak o obycie z kamerą i błyskotliwość. „Są bardzo zdyscyplinowani. Wiedzą już, w których momentach mają być cicho, kiedy bić brawo i że trzeba wstać, gdy chce się coś powiedzieć. Nie peszy ich kamera, w studiu telewizyjnym czują się jak w domu” – opisywał uczestników „Gość Niedzielny”. „Zwykli Polacy“ z „Polaków“ nieprzeciętnie dobrze radzą sobie z publicznymi wystąpieniami i są niezwykle zaangażowani w politykę. Nigdy nie zakreśliliby w sondażu odpowiedzi „nie mam zdania“, jak robi to wielu z tych, w imieniu których mówią.

„Polacy“, ze swoją podniosłą czołówką, w której słyszymy poloneza i widzimy godło, mają jeszcze inny wymiar. Wszak telewizja pokazując nam zbiorowość, w której żyjemy, często nie mówi o niej jako o społeczeństwie, lecz jako o narodzie. Amerykański historyk Benedict Anderson opisywał naród jako „wspólnotę wyobrażoną“, istniejącą w naszych umysłach jako ważny punkt odniesienia właśnie dzięki mediom. Dla Andersona znaczące dla ugruntowania nowoczesnego rozumienia narodu było powstanie gazet. Czytanie gazety jest według niego ceremonią, której uczestnik „zdaje sobie sprawę, że odprawiana jest ona jednocześnie przez tysiące (lub miliony) innych osób, o których istnieniu nie wątpi, ale o tożsamości których nie ma najmniejszego pojęcia. Czy można podać przykład jakiejś innej, bardziej żywej, laickiej, umiejscowionej w czasie historycznym wspólnoty wyobrażonej? Czytelnik, stwierdzając naocznie, że jego sąsiad w metrze, u fryzjera, w poczekalni u dentysty czyta identyczne egzemplarze gazety, upewnia się zarazem, że świat wyobrażony ma swe ewidentne zakorzenienie w życiu codziennym“. Podobnie jest z telewizją dostarczającą nam opisów tego, jacy jesteśmy, i czego chcemy.

Jakie to wszystko ma znaczenie? Po pierwsze, umieszczając nas w ramach wspólnot, o których opowiada, telewizja buduje nasze poczucie przynależności i identyfikacji ze „społeczeństwem“ czy „narodem“ (telewizja często używa słówka „my” i między innymi dzięki niej „my” wiemy, kim jesteśmy). Po drugie, dostajemy konkretną wiedzę nie tylko o sobie, ale i o innych. Zbiorowe autoportrety serwowane nam przez telewizję (a mogą to być „Fakty“, „Polacy“, ale i „M jak miłość“) stają się dla nas kontekstem za każdym razem, gdy zastanawiamy się, jak się zachować. Giza-Poleszczuk: - Życie w “społeczeństwie” wymaga zdolności brania pod uwagę – przewidywania, zakładania, tego, co myślą i sądzą inni ludzie. Jeśli na przykład „wiem”, ze „polskie społeczeństwo” narzeka – to również zakładam, ze chcąc nawiązać z kimś kontakt (relacje), najlepiej zacząć od narzekania („To okropne, co się wyprawia”). Jeśli wiem, ze „społeczeństwo” nie ufa ludziom i jest zawistne, to nie będę się wygłupiała z jakąś inicjatywa obywatelska. Wiedza o postawach i poglądach innych jest nie tylko warunkiem planowania własnych działań, ale również decyduje o wyborze strategii.

A skoro zachowujemy się tak, jak rozumiemy otaczający nas świat, warto zasiąść przed telewizorem pokazującym „społeczeństwo”, „naród” i „zwykłych ludzi” i przyglądać się tym portretom uważnie, ale i krytycznie.

„Polityka” | nr 17 | 24 kwietnia 2007

Otagowano z:
Komentarze są wyłączone