Z badań terenowych nad telewidzami
Mateusz Halawa
Ponad trzy godziny dziennie – tyle czasu przeciętny Polak spędza dziennie przy telewizorze. Ale co właściwie dzieje się przed ekranami w naszych domach? Do czego nam służy telewizja? Właśnie ukazała się książka, która próbuje odpowiedzieć na te pytania.
Pamiętacie Państwo chwilę, gdy pojawił się u Państwa w domu telewizor? A może należycie już do rzeszy ludzi, dla których telewizja istnieje „od zawsze”? (Jest też możliwość, że nie macie telewizora – ale statystycznie niewielka).
Telewizory w naszych mieszkaniach stały się widokiem powszednim, lecz ich obecność wciąż niektórych niepokoi. Krytycy telewizji często zarzucają jej alienowanie odbiorców: rzekomo ludzie zamiast rozmawiać, oglądają telewizję. Niesłusznie. Programy telewizyjne funkcjonują o tyle tylko, o ile się o nich rozmawia, a telewizja dostarcza niespożytej liczby tematów naszym towarzyskim pogawędkom: o przebiegu ostatniego meczu piłki nożnej, perypetiach serialowych bohaterów, kolejnych nagraniach z ukrytych kamer i mikrofonów czy prognozie pogody na jutro… Rano z koleżankami wchodzimy do kuchni – opowiadała mi intendentka w stołówce szkolnej – siadamy se ziemniaki obierać i od razu wszystkie pytają: a oglądałaś wczoraj „Klan”? Jak któraś nie oglądała, to od razu opowiada jedna drugiej.
Wieczorny rytuał
Nawet samotne oglądanie jest więc w ostateczności czynnością społeczną. Znakomicie widać to na przykładzie popularnych programów informacyjnych. W wielu domach, które odwiedziłem, oglądanie „Wiadomości”, „Faktów” czy „Wydarzeń” było rodzajem nowoczesnego rytuału, który – jak każdy rytuał – odsyłał ludzi do szerszego porządku społecznego. Chodziło tu nie tyle o konkretną wiedzę wynoszoną z przekazów, lecz o współ-wiedzę, wiedzę o tym, że inni w tym samym czasie dowiadują się tego, co my. (Redaktorzy słusznie więc chwalą się w głównych wydaniach oglądalnością – znaczy to, że z coraz większą liczbą osób możemy o konkretnych newsach porozmawiać).
Na nowojorskim Greenpoincie rozmawiałem z Polakami, którzy codziennie oglądali „Wiadomości” po to właśnie, by nie stracić wspólnej wiedzy z rodakami w kraju. Układ ramówki sprawiał, że mogli je oglądać o 19.30 czasu nowojorskiego; telewizja pomagała im odtworzyć warunki podobne do ich życia w Polsce nie tylko wypełniając domy na Brooklynie brzmieniem języka polskiego, ale i dając możliwość zaplanowania dnia „tak jak w kraju”, z „dziennikiem” o siódmej trzydzieści. Dla wielu osób, które wyjechały z Polski lata temu, ten rytualny aspekt był istotniejszy niż zawiłości bieżącej polityki.
Telewizja dostarcza nam wspólnych doświadczeń – socjolodzy zgadzają się, że coraz więcej kształtujących nas bodźców otrzymujemy nie z bezpośredniego otoczenia, lecz za pomocą mediów. Ekran telewizora wnosi w bezpieczną przestrzeń domu często niepokojące, poruszające lub dalece odmienne od naszego codziennego doświadczenia relacje i opowieści. Nie ma dnia, żebym nie oglądał Travel lub National Geographic – opowiadał mi mężczyzna mieszkający w dużym mieście na południu – Wczoraj żeśmy oglądali o tych ludziach, co to w lodzie śpią, bez pieca, jedzą surowe mięso, renifera zabili, krew leje się do tego garnka, oni wkładają to do ust… Tego rodzaju doświadczenie jest znakiem nowych czasów, w których skończyła się tradycja i nie możemy już uznawać naszego sposobu życia za jedyny z możliwych.
Socjolodzy Zygmunt Bauman i Anthony Giddens mówili ostatnio w redakcji „Polityki” o dzisiejszych czasach, w których zadanie określenia siebie i swojej sytuacji w świecie zostało w całości przerzucone na nas: chcąc nie chcąc musimy sami budować swoją tożsamość, przebierając w licznych i często sprzecznych ofertach. Telewizja odgrywa tu niebagatelną rolę zapewniając nieskończoną podaż innych wersji życia. Świat mass-mediów, pisze amerykański antropolog Arjun Appadurai, zamienił wyobrażanie sobie życia innego niż teraz z elitarnej praktyki artystów i podróżników, w codzienność milionów ludzi, na dobre i na złe.
Opery mydlane czy programy talk-show ze „zwykłymi ludźmi” są moralitetami tych nowych czasów: życiowe dylematy są w nich efektownie dramatyzowane, ale coraz rzadziej widz otrzymuje jasne rozstrzygnięcie (może poza apelem: „kup coś”). Dyskusja była na temat jednej osoby, która się zabiła – relacjonowała mi program „Rozmowy w toku” jedna z moich rozmówczyń – ale zdania były podzielone bardzo. I rzeczywiście, jak człowiek słucha tych wypowiedzi, to raz się skłania do tej, a raz do tej… Inna mówiła: Oglądam program Drzyzgi – uczę się na czyichś błędach, żeby nie powtarzać tego samego w swoim życiu, tylko jeżeli ktoś coś już sprawdził, to ja to do siebie odnoszę.
Emocje przed telewizorem
Telewizja nie jest systemem bezwzględnej manipulacji, jak chcieliby jej krytycy, w którym z jednej strony są wszechpotężni nadawcy, a z drugiej – podatne na wpływ masy telewidzów. Manipulacji w telewizji nie brakuje, ale jej oglądanie jest raczej twórczym i często krytycznym wkomponowywaniem telewizyjnych treści w realia życia codziennego każdego z widzów; zawłaszczaniem, a nie asymilowaniem. Przygotowując książkę poznałem nauczyciela, który na co dzień w swojej pracy słyszał od uczniów: - a może pytanie do publiczności? Telefon do przyjaciela?. Telewizja (w tym przypadku nieemitowany już teleturniej „Milionerzy”) była tu płaszczyzną porozumienia dwóch coraz bardziej odmiennych światów: ucznia i nauczyciela. – Tak się rozładowuje atmosferę – przyznawał mężczyzna.
Rozmawiałem z mężczyzną po udarze mózgu, który wraz z mieszkającą z nim matką oglądał programy popularnonaukowe o działaniu układu nerwowego. Syn ma problemy z mózgiem – mówiła kobieta – więc łapiemy z telewizji każdą nowość.
Rozmawiałem z kobietą, której oglądanie telewizji było w części podporządkowane wymogom jej religii: była Świadkiem Jehowy i jeżeli w porannym programie rozrywkowym pojawiały się jasnowidzki, zmieniała kanał: – Duch tego nie toleruje.
Rutyną oglądania jest odnoszenie telewizyjnych treści do swojej sytuacji, oczekiwań i postaw. Co innego znaczyła dla widzów „Dynastia” w latach 80. w USA, gdzie celebrowała rozbuchany konsumeryzm i ideologię administracji Reagana, co innego w Polsce w latach 90., gdzie oferowała wyrazisty kod estetyczny „kapitalistycznego raju”, który miał (jak wtedy się wydawało) dopiero nadejść.
Gdy zbierałem materiały do książki o telewizji, dla moich rozmówców bardzo istotne było wyjaśnienie mi swojego stosunku do telewizyjnego prawdo-podobieństwa. Było to zwłaszcza istotne dla oglądających seriale kobiet, piętnowanych przez kulturę oficjalną za rzekomą ucieczkę w świat niezbyt wyrafinowanych estetycznie fantazji – jak choćby ten z amerykańskiej „Mody na sukces”, popularnego serialu, którego akcja rozgrywa się w środowisku pięknych i bogatych kreatorów mody. Jak wytłumaczyć zaangażowanie w opowieść tak odległą od jakichkolwiek realiów życia jej widowni? Na pewno nie da się tego zrobić używając tradycyjnej koncepcji realizmu. Chodzi tu raczej o specyficzny realizm emocjonalny: nie podobieństwo realiów, a podobieństwo odczuć. Ostatecznie – mówiły mi moje rozmówczynie – i tu, i tu, jest choroba dziecka, zdrada, samotność; co z tego, że w Los Angeles…
Wie Pan – usłyszałem – ogólnie to się mówi, że to są takie filmy dla kucharek, niby takich, co nie myślą, a ja bym powiedziała, że wcale nie. Mnie najbardziej interesuje w „Modzie na sukces” ten moment, kiedy problem jest już rozwiązany – ja jestem bardzo ciekawa, jak oni z tego wybrną. Jeżeli patrzeć na te niesamowite zbitki koligacji – to naprawdę nie warto oglądać, ale same dialogi, samo rozwiązywanie problemów jest bardzo ciekawe. Są wściekli na siebie, pełni nienawiści, ale rozmawiają. Patrząc z tej strony, to ja już nie pamiętam, o co chodziło, a pamiętam sposób, w jaki zostało to rozwiązane.
Realizm emocjonalny pozwala zawiesić niewiarę w realia historii i skupić się na odnajdywaniu podobieństwa odczuć. To właśnie na takiej, emocjonalnej płaszczyźnie budują swoją popularność stacje telewizyjne. Jeżeli nie ma w tym emocji, jest nic nie warte – możemy usłyszeć w większości wywiadów ze specami od robienia telewizji.
Kto trzyma pilota?
Jest jednak nie tylko telewizja, ale i telewizory. Kiedyś, gdy jeszcze było ich mało, gromadziły nie tylko domowników, ale i sąsiadów; były dowodem finansowego powodzenia lub po prostu znajomości, które pozwoliły „załatwić” odbiornik. Teraz spowszedniały i muszą być plazmowe, wieszane na ścianie jak obraz, żeby wzbudzić jakiekolwiek zainteresowanie swoją formą.
Do czego służy telewizor? W domach moich rozmówców był on często dźwiękowym tłem, rodzajem neutralnego szumu, który włączało się odruchowo, tak jak światło. Niezbyt to pocieszające dla reklamodawców, którzy zakładają, że skoro odbiornik włączony, to oglądany. W towarzystwie włączonego telewizora się sypia, rozwiązuje krzyżówki, robi na drutach, gotuje, je…
Telewizor jest gadżetem, który w dość niewielkich polskich mieszkaniach pozwala porządkować przestrzeń: raz ktoś usiądzie przed nim i jest jakby mówił „nie przeszkadzać”, albo: „zostaw mnie w spokoju”. Innym razem popularny program zbierze przed ekranem całą rodzinę; zimny blask monitora jako domowe ognisko?
Często są dwa telewizory i łatwo odtwarzać kulturowo skonstruowane podziały: jest wtedy emitujący serial telewizor „kobiecy” i emitujący mecz telewizor „męski”. Jednak jeszcze częściej jest jeden telewizor i obserwacja tego, co wokół niego się dzieje może dużo powiedzieć o stosunkach władzy w domu i jej kulturowym uprawomocnieniu. Kto trzyma pilota?
Telewizor porządkuje też czas: kiedyś dzieci kładło się spać po „dobranocce”, i dziś wiemy, do kogo nie dzwonić w porze „Wiadomości”. Odwiedziłem dom na wsi, w którym pora „M jak miłość” stanowiła wyrazistą granicę między czasem pracy, a czasem odpoczynku.
Mimo coraz ostrzejszej konkurencji ze strony technologicznych nowinek, jeden z najważniejszych gadżetów współczesnej kultury, przyczajony w naszych domach, wciąż trzyma się mocno.
„Polityka” | nr 45 | 11 listopada 2006