:: mateusz halawa: teksty

Wywiad: Wiemy, co robicie z waszym telewizorem

Mateusz Halawa w rozmowie z Joanną Derkaczew

Mateusz Halawa, autor badań nad polską publicznością telewizyjną, opowiada o telewizorach, którym powierza się pilnowanie dzieci, i dlaczego „męskie” wiadomości są ważniejsze od „kobiecych” seriali

Joanna Derkaczew: W książce „Życie codzienne z telewizorem” mniejszy nacisk kładzie Pan na to, jakie programy oglądają Polacy.

Mateusz Halawa: Rzeczywiście oglądamy programy telewizyjne?

A są co do tego wątpliwości?

Oglądanie konkretnych pozycji to tylko jeden z wariantów. Bywa, że ogląda się po prostu telewizję, strumień obrazów i dźwięków. Włączony telewizor w niektórych domach był rodzajem szumiącego w tle radia. Czasem telewizor pilnuje nam dziecka, czasem pozwala się rozerwać, zakomunikować żonie, że nie mamy ochoty z nią rozmawiać, czy przeciwnie – zachęcić rodzinę do wspólnego oglądania, rozładować konflikty. W wywiadach, jakie prowadziłem w 14 gospodarstwach domowych w Polsce, bardzo często okazywało się, że telewizja pozwala nam uporządkować przestrzeń i czas naszego życia. Wieczorne programy informacyjne są bardzo wyrazistym momentem, który oddziela nam czas pracy od czasu odpoczynku.

I nie ma to nic wspólnego z treścią emitowanych programów?

Treść nie jest wszystkim, ważna jest często sama wspólnota oglądania. Zdobywamy jakieś informacje, ale wiemy, że inni też je zdobywają. Działa to trochę jak rywalizacja wywiadów w czasie wojny: Moskwa wie, że Berlin wie, że Moskwa wie, że Berlin wie… Weźmy przykład żałoby narodowej. Nie mam szans poznać wszystkich ludzi, którzy tworzą „naród w żałobie”, ale telewizja mi uświadamia, że oni gdzieś tam są i coś mnie z nimi łączy.

Dla twórców telewizji to ważne.

Dlatego prezenterzy serwisów informacyjnych TVN i TVP regularnie prowadzą ze sobą wojenkę na dane o oglądalności. Na końcu mówią często: dobrej nocy… a przy okazji powiemy Państwu, że nasze ostatnie wydanie oglądało tyle i tyle milionów widzów. To nie tylko działanie prestiżowe, lecz jasny komunikat dla widzów – jest nas więcej. Każdy ma znajomych, do których nie należy dzwonić w porze „Faktów” czy „Wiadomości”. Tak tworzy się wspólnota informacji, doświadczeń, tematów do dalszych rozmów.

A nie „wspólnota ludzi poddawanych manipulacji”?

Telewizyjna manipulacja nie jest tak oczywista, jak obawiają się intelektualiści, a oczekują twórcy reklam i kampanii wyborczych. Idealnie byłoby, aby widz całkowicie przekaz przyjął i w niego uwierzył, po czym zrobił tak, jak mu się każe: kupił określony produkt, zagłosował na kandydata. Oczywiście telewizja ma swoje sposoby, by tym sterować, montaż, godziny emisji, grupy docelowe. Ale mimo że mamy badania telemetryczne, nie wiemy do końca, z jakim poziomem zainteresowania ludzie to oglądają. Ktoś przysypia, ktoś robi na drutach, ktoś czyta gazetę. Ale nawet gdy tej bariery nie ma – ludzie mają różne doświadczenia i wczytują w oglądane programy wiele osobistych treści. To mnie interesuje; nie co telewizja robi z nami, ale co my robimy z telewizją.

Jakiś jaskrawy przykład?

W Stanach, gdzie mieszka poważna liczba widzów polskiej telewizji, na pewnym poziomie odbioru nic się nie różni. Kobiety rozmawiają o „M jak miłość” na Greenpoincie, jakby były w Warszawie. Ale pojawiają się też sytuacje niespodziewane. Oglądanie wiadomości dla wielu emigrantów to rodzaj rytuału, który nie służy orientowaniu się w zakamarkach polskiej polityki, tylko ma wymiar duchowej łączności z innymi Polakami. Gdy na Greenpoincie w reklamie piwa jedna z moich rozmówczyń widziała Giewont, to dla niej ten spot niczego nie sprzedawał, lecz przypominał znajomy pejzaż.

Wbrew intencjom reklamodawcy.

Nawet ludzie o niższym statusie społecznym, których posądza się o największą naiwność, opowiadali mi o serialach: „Tak, wiemy, że tam są scenarzyści, reżyserzy. I jak sytuacja koło trzechsetnego odcinka jest już maksymalnie zapętlona i absurdalna, zastanawiamy się, jak ten scenarzysta z tego wybrnie”. Zresztą sama rola telewizji się zmienia. Nie jesteśmy też już w epoce paleotelewizji sprzed 30 lat; telewizji – nauczycielki życia, która jak magiczny ekran miała przemieniać wiejskie chałupy w sale wiecowe czy teatralne. W czasach neotelewizji coraz więcej ludzi ma dostęp do coraz większej liczby kanałów, więc telewizja staje się pofragmentowana i przestaje nas wychowywać. Telewizja ma już do siebie dystans, używa autoironii, pokazuje kulisy, mówi sama o sobie. Ujawnia, jak działa, jakimi mechanizmami się posługuje.

Telewizja nie wierzy już telewizji?

Wiara, poczucie prawdy czy realizmu to osobne tematy. To, co mnie zafascynowało w tych badaniach, to silny podział na realizm „kobiecy” i „męski”. Wiedziałem, że różne programy mają różnych odbiorców, ale zaskoczyła mnie siła, z jaką kobiety i mężczyźni starali się wytłumaczyć mi, co w telewizji jest „męskie”, a co „kobiece”. Mężczyźni, którzy też oglądają seriale, nie chcieli ze mną o nich rozmawiać. Mówili o programach dokumentalnych, informacyjnych, sporcie. Odwoływali się więc do sfery publicznej, czyli do tej, która w naszej kulturze jest nacechowana męskością, podczas gdy kobiety eliminowane są do sfery prywatnej. A kobiety zapytane o program informacyjny raczej były skłonne bagatelizować swoje oglądanie albo mówiły: to o tym opowie panu mąż. Chętnie opowiadały za to o serialach czy talk-show pokazujących sprawy życia codziennego, jak np. program Ewy Drzyzgi.

Jaki to ma związek z realizmem?

Raczej z „realizmami”, bo mamy nie tylko podział, ale i hierarchie realizmów. Ten „męski” obie strony uznają za ważniejszy w kulturze. Wiadomości są więc ważniejsze od serialu. Dlaczego? Bo są rzekomo prawdziwsze. Tymczasem okazywało się, ze dla wielu kobiet to serial jest prawdziwszy od wiadomości, bo ten serial jest bliższy ich doświadczeniu. To realizm emocji. Akcja może się dziać w Bostonie czy w Los Angeles, w środowisku gwiazd filmowych, ale na pewnym poziomie odczuć to jest o rodzinie, o problemach z mężem, o chorym dziecku. Oficjalna kultura odmawia jednak takiemu oglądaniu jakiejkolwiek wartości.

„Gazeta Wyborcza” | 27 listopada 2006

Dodaj komentarz