Wywiad: Wiem, że to nie jest życie…
Mateusz Halawa w rozmowie z Joanną Sokolińską
To nie jest tak, że oglądający opery mydlane to ogłupione istoty żyjące cudzym życiem – rozmowa z Mateuszem Halawą – socjologiem ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej i autorem książki „Życie codzienne z telewizorem”
Joanna Sokolińska: Zastanawiał się Pan kiedyś co się dzieje z Isaurami?
Mateusz Halawa: Z Isaurami nie, ale co z Alexisami – tak. W jednym z reportaży Mariusza Szczygła znalazłem informację o Alexis Guzik – dziewczynce ochrzczonej tak w Małogoszczy. Próbowałem ją odszukać, ale nie udało mi się. Tożsamościowo to jedna z ważniejszych rzeczy, jakie można zrobić – nadać dziecku imię, ono przecież w wyraźny sposób człowieka naznacza.
Alexis Guzik jest więc dowodem jak bardzo telewizja wpływa na nasze życie.
Byłbym ostrożny przywołując takie przykłady. To, że na parkingu supermarketu ktoś się przeżegnał na widok aktora, który „umarł” we wczorajszym odcinku, wydaje się być efektownym przykładem tego, że widzowie mylą rzeczywistość telewizyjną z prawdziwą. Ale to tylko wycinek prawdy. Jasne, że do dziś w Polsce stoją domy zbudowane na wzór rezydencji Carringtonów. Ale „Dynastię” oglądały miliony ludzi, a te domy postawili nieliczni. To nie jest tak, że kobiety (i mężczyźni) oglądające opery mydlane to ogłupione istoty żyjące cudzym życiem. Na pewno telewizja wpływa na ich życie, ale subtelniej.
Jak?
Na przykład pod wpływem serialu może się pojawić refleksja nad własnym związkiem, nad sposobem komunikowania z innymi. Można też przyjmować z telewizji negatywne wzory, na przykład powszechny pogląd, że w Polsce jest coraz niebezpieczniej. Ludzie wynoszą to przekonanie z telewizji.
Skąd Pan to wie?
Na przykład kobieta ze wsi na opolszczyźnie mówiła mi w jednym z wywiadów, że nigdy nie zamykała drzwi do domu. Aż obejrzała z córką program 997 i uznała, że jednak na świecie nie jest tak bezpiecznie, jak sądziła. I już zamyka. Zna Pani historię chłopca-Batmana, albo chłopca-Małysza?
Chłopczyk zginął, bo wyskoczył z okna, wierząc, że umie latać jak Batman.
Właśnie. Ta historia funkcjonuje jak mit, jest powszechnie opowiadana, jako przykład złego wpływu telewizji. Kiedy prowadziłem badania, często mi ją opowiadano. Nam się wydaje, że ta historia mówi o telewizji, a ona mówi o nas.
Nie rozumiem.
W psychologii to się nazywa „efekt trzeciej osoby”. Pytam panią, czy telewizja ma na panią duży wpływ, a pani odpowiada: „Nie, na mnie nie, ale na innych, o tak, wielki. Był na przykład taki chłopiec, który uwierzył, że jest Batmanem”. Znalazłem to nawet w jakimś pani wywiadzie.
No tak.
Mężczyźni, z którymi rozmawiałem mówili: „Ja to nie, ale żona myli te seriale z rzeczywistością”. A żona: „ja to nie, ale o syna się boję”. To nieprawda, że ludzie oglądają seriale, żeby żyć w innej rzeczywistości, cudzym życiem. Szukają tam czegoś, co odpowiada ich emcjonalności. Bo przecież o ile można jeszcze pomylić z realnym światem rzeczywistość „Klanu”, to nie da się tego zrobić z mającą ogromną oglądalność „Modą na sukces”, której akcja toczy się wśród amerykańskiej klasy wyższej. Jedna emerytka powiedziała mi tak: „Ja wiem, że to nie jest życie, że to jest w USA, że to wymyślają scenarzyści. Ale to jest o rodzinie, tam kobieta ma chore dziecko i jest mężczyzna, który jest sam”. Każdy widz przekłada to na swój świat – tam jest Boston [powinno być - Los Angeles] i bogacze, a tu Łódź i emeryci, ale jest coś wspólnego. Holenderska badaczka mediów Ien Ang nazywa to „realizmem emocji” w operach mydlanych.
10, 15 lat temu dzieci nazywano Isaurami i Alexisami, meble – carringtonami. A teraz ten wpływ telewizji wydaje się mniej jaskrawy. Może tyle, że Polacy zaczęli ostatnio masowo uczyć się tańca…
Na pewno wpływ telewizji na nasze życie zmienia się tak, jak zmienia się sposób korzystania z niej. W latach 50-tych nadawano program przez kilka godzin w tygodniu, w bloku był jeden telewizor i cała rodzina wraz z sąsiadami zbierała się przed odbiornikiem. Obecna powszechność telewizorów i wybór kanałów telewizyjnych sprawia, że widz stał się bardziej zblazowany, a oferta – bardziej wyrafinowana, co pokazuje choćby serial „Zagubieni”. Coraz trudniej widza zaskoczyć, skupić jego uwagę. Ale nie sądzę, żeby ten wpływ się zmniejszył. Wiedzieliby o tym reklamodawcy, którzy wciąż wykupują czas w TV i politycy, zmieniający prezesów Telewizji Polskiej.
Ale czy dziś ktoś prosi fryzjerkę o fryzurę a la Loska?
Być może nie, ale to wynika z tego, że nastąpiła fragmentaryzacja. Isaura była doświadczeniem wspólnym, nawet jeśli nie każdy ją oglądał, to każdy wiedział o czym mowa. Łatwo o takie wspólne doświadczenie, kiedy są dwa kanały telewizyjne, trudniej, gdy jest ich wiele. Teraz pewnie jeden chce fryzurę na Michała Wiśniewskiego, a inny na Kubę Wojewódzkiego. Bo i wybór jest większy, i celebrities bardziej zróżnicowane.
„Gazeta Wyborcza” („Gazeta Telewizyjna”) | 6 kwietnia 2007