:: mateusz halawa: teksty

Recenzja: Oto telewizja

Waldemar Kuligowski, „Czas Kultury”

„Czarny” PR telewizji jest tyleż malowniczy, co rozpowszechniony. Guma do żucia dla oczu, narkotyk na prąd, Dickens po LSD, „estetyczny dadaizm, filozoficzny nihilizm, psychiatryczna schizofrenia i teatralny wodewil” (określenia z wokabularza Neila Postmana) – to zaledwie garść określeń stosowanych dla jej nazwania. Telewizja odmóżdża, programy telewizyjne ogłupiają, namiętni zaś telewidzowie zaliczają się do gatunku najbardziej pasywnych, pozbawionych właściwości i zewnątrzsterownych ofiar kultury konsumpcyjnej. Powtarzanie sądów utrzymanych w podobnym tonie (zarówno w prywatnej rozmowie, jak i w tekście publicystycznym, a już z pewnością w rozprawie o ambicjach naukowych) raczej nie naraża na głosy krytyki. Medium telewizyjnemu dokłada się ze wszystkich stron po równo.

W takiej sytuacji nie dziwi fakt, że bardzo niewielu autorów waży się na głoszenie opinii odmiennych. Nie tyle idzie nawet o bronienie telewizji, ile bardziej o podjęcie trudu jej rozumienia. Mimo że miliony Polaków – a wśród nich autorzy napastliwych wobec TV tekstów – spędzają długie godziny przed telewizyjnymi ekranami – co w zaciszu swoich domów praktykują także egzorcyści telewizyjnego zła – zaspokajając potrzeby poznawcze, psychologiczne, polityczne, wspólnotowe – i wyjątkiem nie są w tej materii zaprzysięgli wrogowie tego medium – to poważna debata nad wpływem telewizji na życie społeczne w naszym kraju nadal jest w powijakach. Podczas gdy w wielu innych krajach od lat naucza się w szkole przedmiotów o profilu media studies, nad Wisłą jest to wciąż nie do pomyślenia: żakom wystarczać ma do określenia swojego miejsca w świecie lektura Mickiewicza, Prusa, Konopnickiej.

Tym większe słowa uznania należą się Mateuszowi Halawie, autorowi pierwszej w Polsce książki naukowej, popartej rzetelnymi badaniami, która analizuje nasze codzienne bycie z telewizorem. Młody socjolog o inklinacjach tyleż kulturoznawczych, co i antropologicznych, próbuje zgłębić społeczne wymiary funkcjonowania telewizji, tego osobliwego przedmiotu-medium-realności, który zadomowił się w każdej niemal polskiej rodzinie. Jego Życie codzienne z telewizorem jest pasjonującym studium zachowań i wartości, spojrzeniem na rodzinne i prywatne praktyki, weryfikacją tego, co na temat telewizji się mówi z tym, jakie w rzeczywistości zajmuje ona miejsce w umysłach i sercach (nie boję się tego słowa).

Głównym postulatem Halawy jest to, by w badaniu telewizji zejść z wyżyn nadawcy bądź surowego recenzenta i przyjąć perspektywę pokoju telewizyjnego. W tym celu przeprowadził on w październiku 2005 roku oryginalne badania, wybierając 14 domostw. To miejsca po wielekroć zróżnicowane, społeczne i mentalne mikrokosmosy, nie dające się co prawda zsumować w statystyczny obraz polskiego telewidza, ukazujące jednak świetnie owego telewidza różnorodność

W części pierwszej, autor przypomina historię pojawienia się i rozpowszechnienia telewizji w Polsce. Dzieje to nieodległe, pospiesznie ulegające wszelako zatarciu w pamięci. Ilu z nas zresztą przypomina sobie pierwsze wizyty w supermarketach, nieporadne poruszanie się z wózkiem pomiędzy regałami, pełne niepewności płacenie kartą zamiast pieniędzmi? Identyczny mamy tutaj mechanizm: pewne zjawiska oraz przedmioty ulegają szybkiej naturalizacji i zaczynają być traktowane niczym rzeczy odwieczne i same przez się zrozumiałe. A jeszcze w 1960 roku użytkownik „Kalendarza Wrocławskiego” mógł przeczytać, co następuje: „Telewizja wyzwala w ludziach ukryte i nieprzeczuwalne siły: dokonują cudów pomysłowości, aby tylko zdobyć upragniony telewizor i ustawić go we własnym domu”. Chciałoby się orzec o nostalgii, lecz obrazy tłumów szturmujących kolejno otwierane wielkie centra handlowe po to, by upolować upragnioną zdobycz w postaci wymarzonego typu telewizora, przekonują, że mamy do czynienia ze zjawiskiem długiego trwania.

Z części drugiej zatytułowanej „Do czego służy telewizor” możemy zaczerpnąć wielce pouczającą wiedzę na temat co, nasi rodacy z telewizorem/telewizją robią i czego od niego/niej oczekują. Jeden mężczyzna na przykład reguluje swój zegarek zgodnie z pojawianiem się na ekranie „Teleexpressu”, inny bardziej zawierza w tej materii „Faktom”, ceniąc przy okazji program TVN24 za to, że w dolnym lewym rogu nieustannie wyświetlana jest aktualna godzina. Śledzenie tych samych programów – zwykle seriali filmowych i seriali informacyjnych – to często najlepszy sposób na podtrzymywanie więzi z sąsiadami bądź znajomymi i niezawodny środek na uratowanie konwersacji. Włączenie telewizora, gdy przyjdą goście, oznacza ustanowienie natychmiastowej płaszczyzny porozumienia. Obcy w domu mogą wtedy z powodzeniem zająć się „telewizyjnym gadaniem”, czyli dyskusjami na tematy potoczne, o małym znaczeniu osobistym. W ten sposób towarzystwo poznaje się lepiej, a ryzyko osobiste jest znikome. Ale nie tylko do tego służy telewizja.

Halawa przekonuje, że telewizora można używać nie tylko jako środka dla podkreślania przynależenia, lecz także jako narzędzia pozwalającego na „unikanie innych domowników (…) odcięcie się od świata przez zamknięcie się w prywatnej ‘bańce’””. W takiej sytuacji telewizor staje się technologią skrajnie indywidualizującą: ja oglądam swoje, a ty lub wy, swoje. Oczywiście: „Małysza oglądaliśmy wszyscy, nawet dzieci mają grę na komputerze. Nawet jeżeli żona całego [całych zawodów] nie oglądała, to przylatywała, jak Małysz skakał”.

Niezwykle czułym punktem badań nad publicznością telewizyjną jest zjawisko traktowania ekranowego świata przedstawionego jako prawdy (empirycznej, dodałby akademik). Mówi o tym cytowana w książce kobieta, która w narracji jednego z seriali odnalazła subiektywizację choroby swojej matki: „’Na dobre i na złe’ to taki serial, z którego ja się na przykład czegoś dowiem o zdrowiu swoim i swoich dzieci, bo to są takie problemy medyczne, a mnie medycyna zawsze w jakiś sposób interesowała. Na przykład kogoś tam przywożą i się okazuje, że moja mama na coś podobnego chorowała; to nie jest fikcja tylko wszystko prawda”. Autorytet telewizji (w dobie kryzysu jakichkolwiek form i źródeł autorytetów) jest fenomenem, który zbyt szybko bywa lekceważony i wyśmiewany. Obecne zainteresowanie widzów rozgrywającą się na sali sądowej docu-soap „Sędzia Anna Maria Wesołowska” w pełni to potwierdza. Ma więc rację Halawa podkreślając, że programy typu talk-show funkcjonują dla wielu odbiorców także w charakterze „telewizyjnej symulacji sfery publicznej”, spełniając rolę problematyzowania i poddawania dyskusji tematów istotnych społecznie. „To są dobre programy – stwierdza jedna z jego rozmówczyń – choć na straszne tematy”.

Czytelnik ma także możliwość przyjrzenia się życiu Polaków na nowojorskim Greenpoincie, autor bowiem nie ogranicza się tylko do obserwacji orbis interior. Okazuje się na tym przykładzie, że telewizja funkcjonuje w kategoriach „prywatnego życia państwa narodowego” (określenie Johna Ellisa), nie zamykając się w granicach jednego, konkretnego państwa. Na czym to polega? Halawa opisuje oto polskich migrantów żyjących od kilku bądź kilkunastu lat za Atlantykiem, którzy dzięki telewizji nie utracili kontaktu z aktualnymi wydarzeniami w rodzinnym kraju. Śledzą na bieżąco informacje, ekscytują się teleturniejami, pilnie oglądają kolejne odcinki ulubionych seriali. Znacząca różnica czasu między Warszawą a Nowym Jorkiem nie odgrywa przy tym wielkiej roli, gdyż seriale są dostępne w licznych wypożyczalniach, zmieniających standard nagrywania z rodzimego PAL na amerykański NTSC. Dowiadujemy się ponadto, że dyrektorka lokalnej polskiej szkoły rekomenduje swoim uczniom oglądanie polskiej telewizji.

Frapujących wątków jest w Życiu codziennym z telewizorem znacznie więcej. Dlaczego telewizyjne wiadomości, informujące o katastrofach, klęskach i wojnach, są celebrowane jako ważny punkt w codziennym przyjemnym spędzaniu wolnego czasu? Z jakiego powodu większość mężczyzn oglądających seriale w rodzaju „M jak miłość” trywializuje albo w ogóle pomija ten fakt? Czy kobiety i mężczyźni widzą telewizję w taki sam sposób (Halawa podaje liczne przykłady, w których „przewodnikiem” po rzeczywistości serwisów informacyjnych jest mąż, natomiast w przypadku oper mydlanych rolę tę przejmuje żona)? Jak to się wreszcie dzieje – i kwestia to o znaczeniu absolutnie zasadniczym – że nadmierne oglądanie telewizji zarzucamy zawsze innym, a nie sobie, w identyczny sposób oskarżając owych innych o uleganie fatalnemu wpływowi tego medium, od którego sami pozostajemy dziewiczo wolni? „Widzę, jak na żonę wpływają reklamy: jak jest reklamowane, to musi być dobre”, wyznaje jeden z ponadprzeciętnie świadomych mężów. Nauczyciel historii ze wschodniej Polski jest jeszcze bardziej krytyczny, a i horyzont jego refleksji sięga dalej niźli tylko osoby współmałżonki: „To jest środowisko prowincjonalne, ściana wschodnia, najniższe wykształcenie, najniższe zarobki. ‘Rzeczpospolitej’ nie ma w kiosku. Telewizja miała tu na pewno wielki wpływ na wybory i w ogóle ma wielki wpływ – przy zgaszonym świetle widać w bloku jak się świecą te telewizory. Nikt nie kupuje gazet, program telewizyjny kupią, po siedemdziesiąt, sześćdziesiąt groszy i to wszystko, co czytają. Telewizor ma, włącza, i nasłucha się pierdół”.

Halawa nie musi przekonywać – choć explicite czyni tak w „Zakończeniu” – że „Wkroczenie telewizji z życie codzienne zmieniło je w wielu aspektach”: cała jego książka wymownie to pokazuje. Najbardziej istotna jego zdaniem zmiana polega „na wzbogaceniu tradycyjnego środowiska życia symbolami, obrazami i narracjami niedostępnymi wcześniej”. W świecie mediów doświadczenie przeżyte przenika się z doświadczeniem zapośredniczonym. Na pewno tak jest. Już dawno wyliczono, że oglądając telewizję przez cały dzień absorbujemy taką ilość obrazów, wydarzeń i wypowiedzi, jakie były niedostępne człowiekowi w epoce przedtelewizyjnej w ciągu całego życia. To zmiana gigantyczna.

W mojej opinii Życie codzienne z telewizorem zasługuje na specjalną uwagę i poklask z innego jednak powodu, niż uświadomienie nam ciągu transformacji, jakim ulega kultura pod wpływem telewizji. Halawa próbuje mianowicie zmienić sposób podejścia do myślenia i badania tego zjawiska. Naprawdę nie wystarczają już klasyczne słupki oglądalności i analizy statystyczne: mniej ważne jest to, jaki procent polskich telewidzów popiera wojnę w Iraku, bo istotniejsza jest okoliczność, w jaki sposób telewizja wykreowała poparcie dla tej wojny. To, co w człowieku i kulturze najważniejsze nie daje się zakląć w cyfry i wyrazić za pomocą eleganckich równań. Halawa każe nam tak właśnie spojrzeć na telewidzów (czyli na nas samych): to zróżnicowana, zindywidualizowana, zmienna społeczność, jakże odległa od rojeń o tępawej masie posłusznie spijającej słowa z ust ekranowego spikera. Tego typu myślenie wciąż jeszcze w Polsce jest deficytowe, ma więc omawiana książka wartość pionierską (oferuje poza tym przegląd światowej literatury przedmiotu: m. in. Ian Ang, Ron Lembo, David Morley,). I tak należy ją postrzegać.

Halawa przypomina, że przed ostatnim spisem powszechnym jeden z adresowanych do kobiet magazynów udzielał pewnej porady. Jak ustalić, przed przyjściem ankietera, kto jest głową rodziny? – zadając kilka prostych pytań: „kto trzyma kasę?”, „kto wymierza dzieciom karę” oraz „kto trzyma pilota?”. Ta ostatnia kwestia jest tym bardziej znamienna, że wedle przedstawionego ostatnio raportu na temat życia seksualnego Polek i Polaków, przeciętny obywatel naszego kraju decyduje się na współżycie płciowe w piątkowy lub sobotni wieczór tuż po zakończeniu ostatnich wiadomości telewizyjnych. Oto telewizja! Oto kolejne jej oblicze, czekające na inteligentnego badacza.

„Czas Kultury” | 3/2007

Dodaj komentarz