Kroniki YouTube.com
Edgar Bąk/Mateusz Halawa
Nasza fascynacja YouTube jest bezgraniczna. Dlatego nie będzie tu zdystansowanych analiz czy suchych opisów, tylko powódź hiperlinków i długie minuty dziwnego wideo.
Niewiele jest miejsc w sieci, które siłą przyciągania, totalistycznymi ambicjami i kulturową władzą mogą dorównać YouTube.com.
W dwutygodnikowych „Produktach ubocznych” otwieramy dziś cykl, w którym będziemy się przyglądać temu internetowemu fenomenowi. Nasza fascynacja YouTube jest bezgraniczna. Dlatego nie będzie tu zdystansowanych analiz czy suchych opisów, tylko powódź hiperlinków i długie minuty dziwnego wideo. Naszym celem nie jest to, żeby YouTube wyjaśnić, zrozumieć albo skrytykować. Te szacowne humanistyczne ambicje ustępują w naszym przypadku obłędowi kolekcjonerów, których skrzynki odbiorcze i foldery „Ulubione” pełne są odnośników do klipów w rodzaju „Mrugające Diody Klawiatury Do Rytmu Muzy BY TecHSolo” (wyświetlenia: 192, komentarze: 0).
A może nie chodzi wcale o kolekcjonerstwo – tę pedantyczną praktykę, gdzie okazy klasyfikuje się, opisuje i przyszpila – tylko o zbieractwo? Popęd zbieraczy każe wszystko przechować i niczego nie wyrzucić. Jest on innym wymiarem „gorączki archiwalnej”, która każdego dnia zasila YouTube nowymi klipami.
YouTube, nieskończenie wielkie, stale rozszerzające się audiowizualne archiwum, które chce, żeby niedługo wszystko było w nim zarejestrowane.
Komentarze są wyłączone
Obama, media i zbiorowa wyobraźnia

fot. eqqman, CC BY NC
Mateusz Halawa
Kampania Obamy pokazała, jak skutecznie rozbudzać wyobraźnię jedną opowieścią w różnych mediach – oraz jak inspirować ludzi, by sami użyli mediów i zaczęli tę opowieść powtarzać.
We wtorkową noc 4 listopada Lower East Side, jedna z najbardziej liberalnych części liberalnego Manhattanu, oszalała. Po transmitowanym na wszystkich kanałach przemówieniu Baracka Obamy tłumy ludzi wyszły na ulice, by świętować zwycięstwo swojego kandydata. Obcy ludzie padali sobie w ramiona, przybijali piątki i skandowali nazwisko zwycięzcy. Właściciele barów, gdzie wielu nowojorczyków zebrało się, żeby śledzić w telewizji noc wyborczą, rozlewali darmowego szampana. Wszyscy, którzy skazali telewizję na śmierć z ręki internetu, powinni zobaczyć siłę takiego wspólnego oglądania, które przypominało wielu zwolennikom Obamy inne amerykańskie zbiorowe przeżycia telewizyjne, z lądowaniem na księżycu włącznie.
Sprowadzone do pilnowania porządku policyjne samochody wyły i trąbiły razem z tłumem. Ciszej robiło się tylko wtedy, gdy uczestnicy sięgali po telefony komórkowe, żeby zarejstrować, co się dzieje, i przesłać dalej. Wiele osób płakało. Po drugiej stronie rzeki, na ulicach Williamsburga, mekki brooklyńskich hipsterów, radość była jeszcze większa. – Nikt nie rzucał butelkami – prostowała na popularnym blogu plotkę o tej spontanicznej imprezie jedna z uczestniczek. – Owszem, były fajerwerki. Kilka osób wdrapało się nago na budki telefoniczne, rozbiliśmy piniatę i zebraliśmy słodycze, tańczyliśmy na ulicy, maszerowaliśmy za kimś grającym na trąbce, i zablokowaliśmy ruch uliczny. (Piniaty to kukły z masy papierowej, wypełnione słodyczami).
Historia “na żywo”
Świadomość tego, że na ich oczach rozgrywa się historia, towarzyszyła większości zwolenników Obamy, którzy poczuli nagle, że są uczestnikami tego samego wydarzenia i mogą nie tylko – rzecz na codzień niewyobrażalna – nawiązać kontakt wzrokowy ze współpasażerami w metrze, ale i wciągnąć ich do wspólnej zabawy. Przez chwilę byliśmy świadkami demokratycznego karnawału, w którym abstrakcyjna zasada demokratycznego uczestnictwa została udramatyzowana w tańcu na tej konkretnie ulicy, w tym konkretnie mieście. To silne wrażenie “historyczności”, jak i poczucie wspólnoty uzmysławia niezwykłą siłę elektronicznych mediów. Organizują one nie tylko wyrażalny w procentach “elektorat” policzalnych “wyborców” dla poszczególnych kandytatów, ale też sentymenty, nadzieje, aspiracje i emocje ludzi uczestniczących w wyborach.
Media zbliżają, przynosząc wydarzenia z daleka w bliski nam kontekst życia codziennego czy pozwalając nam śledzić i wpływać na to, co dzieje się daleko, pozostając u siebie. Ale też pozwalają wielu rozproszonym osobom połączyć się we wspólnym celu (społeczne sieci internetowych aktywistów) czy udostępniają te same obrazy wielkiej liczbie osób, pozwalając im czuć się częściami większej całości. Uliczne celebracje zwycięstwa Obamy w kraju silnie dziś przesyconym poczuciem finansowego i politycznego kryzysu, jak i sama błyskotliwa i niezwykle skuteczna kampania Obama-Biden polegały w dużym stopniu na mediach.
Nie chodzi mi tu o zwyczajowy sposób mówienia o mediach w kontekście kampanii wyborczych: manipulacja, tabloidyzacja, komercjalizacja… To wszystko uzasadnione niepokoje, ale siła kampanii teamu Obama-Biden polegała raczej na uznaniu, że współczesne elektroniczne media lepiej niż do odgórnego zarządzania emocjami tłumu nadają się najpierw do oddolnej ekspresji emocji i dopiero wtórnego organizowania ich w jasny przekaz polityczny (kluczowe słowa: zmiana, nadzieja, przyszłość). Skuteczne użycie mediów w kampanii politycznej to nie tylko narzucenie katergorii debaty, ale i zmobilizowanie wcześniej istniejącej i obsługiwanej przez media społecznej wyobraźni.
Sieciowa kampania
Przykładem może być tu użytek, jaki kampania Demokratów zrobiła z sieci – sposobu organizacji ludzi, gdzie relacje między użytkownikami są w miarę symetryczne (serwisy społecznościowe takie jak facebook.com, narzędzia komunikacji takie jak e-mail albo telefon komórkowy), w odróżnieniu od form, które polegają na asymetrycznej i hierarchicznej relacji (jak wiec, w którym ktoś jest stale mówcą, a ktoś stale słuchaczem). Raczej niż na budowaniu nowych sieci, sztab Obamy skoncentrował się na wykorzystywaniu sieci już istniejących ? dostarczając swoim zwolennikom materiału, który oni sami mogli rozpowszechniać wśród przyjaciół, rodziny i współpracowników, nadając mu rangę autentyczności.
Otwarta struktura takiej “sieciowej” kampanii pozwoliła zaprząc do niej spontanicznie pojawiający się internetowy folklor (amatorska piosenka Obama Girl zamieszczona na Youtube.com stała się natychmiastowym hitem), jak i kontrolować kryzysy (jeżeli jeden komunikat jest nietrafiony, jego funkcję przejmuje inny komunikat ? sieć jest elastyczna i trudna do zniszczenia). Bez przerwy łącząc mniejsze sieci w jedną, większą sieć sztab Obamy jednocześnie stworzył efekt masy krytycznej (miliony drobnych wpłat to wciąż dużo pieniędzy) i uniknął stworzenia molocha, który wyalienowałby jego zwolenników. Nawet największa organizacja zorganizowna sieciowo jest w każdym miejscu lokalna i bliska ludziom.
Nie chodzi tu o fakt “używania internetu”. Republikanom zasłużył się on również bardzo mocno, chociaż McCain przyznając, że właściwie nie wie, jak używać komputera, nie pomógł swojemu sztabowi w zdobyciu młodszch głosów. (Sztab Obamy wysyłał w tym czasie swoim zwolennikom miliony sms-ów podpisanych: “Dzięki, Barack”). Chodzi raczej o zdolność ujęcia całości procesu wyborczego jako sieci, której internet jest tylko jednym z wymiarów. Mamy więc do czynienia nie tylko z innym stylem komunikacji, ale i zarządzania czy generowania kapitału potrzebnego do napędzenia kampanii.
Taka sieciowa kampania promowała “działanie razem” jako wartość samą w sobie, niejako obok celów politycznych, i często celebrowała swoją nowoczesną sieciową formę w oderwaniu od treści. Dlatego była to kampania momentami post-polityczna – oparta na opowiadaniu historii i dzieleniu się emocjami, starająca się zawiesić nawet najbardziej uzasadnione polityczne podziały i podporządkować je jednoczącej narracji “zmiany”, “nowości” i “nadziei”. Uczestnictwo w niej pozwoliło wielu Amerykanom poczuć się dobrze w trudnych czasach. Entuzjastyczni komentatorzy podkreślają, że Obama stworzył kampanię, która nie była o nim, lecz o nich: zobaczyli w nim siebie. Krytyczni komentatorzy narzekają, że w istocie tak było.
Wiele mediów, jeden przekaz
Medialny wymiar zakończona właśnie kampanii nie jest jednak historią o tym, jak nowe media zmieniają świat. To raczej opowieść o tym, jak pojawianie się nowych mediów zmienia medialny krajobraz – media “stare” i “nowe” nie tylko konkurują, ale i wspierają się nawzajem (to tak zwana konwergencja mediów).
Obama zarobił miliony dolarów pisząc książki – medium może staromodne, ale bardzo znaczące dla kandydata, który swoją biografię (pozornie nieamerykańską, a przez to ultraamerykańską) postawił w centrum swojej kampanii. Źródła medialnego sukcesu Obamy tkwią więc w medium “starym” – dopiero doświadczenia życiowe przepracowane w dłuższej, pełnej namysłu formie literackiej, tak skutecznie dały się przetłumaczyć na ikoniczne obrazy telewizyjnych reklamówek i krótkie internetowe klipy w “nowym” medium. Podobnie wytrenowana na wydziale prawa tradycyjna retoryka pozwoliła mu napisać przemówienie o rasie, które jest świetnym tekstem, z którego powstała niezła telewizja, następnie rozpowszechniona przez Youtube.com.
Wyborców nie przekonała reklamówka Republikanów zarzucająca Obamie, że jest płaską medialną gwiazką nie tak różną od Paris Hilton. Nie dlatego bynajmniej, że Obamy w mediach nie było – ale dlatego, że korzystał z większej liczby mediów, włączając w to książki, robił to sprawniej niż konkurenci, a sztab ekspertów nieustannie czuwał nad spójnością re-mediacji z książki do internetu, z telewizji do przemówienia, ze spotkania z wyborcami do zdjęcia w gazecie.
Nie chodzi więc, jak wciąż wydaje się wielu, o prostą “telegeniczność” czy “internetowość”, lecz raczej o rodzaj medialnej wielojęzyczności: zdolności opowiedzenia jednej historii za pomocą bardzo różnych mediów – oraz umiejętności zainspirowania innych, by sami użyli mediów i zaczęli tę historię powtarzać.
Wpis i komentarze na blogu Kultura 2.0
Komentarze są wyłączone
Ziemia, planeta bez ludzi
Mateusz Halawa
Wyobraźcie sobie Ziemię, z której zniknęli homines sapientes. Trudne? Współczesna kultura ostatnio coraz częściej podsuwa naszej wyobraźni efektowne wizje naszego zniknięcia z powierzchni planety.
Od bijącego kasowe rekordy animowanego filmu WALL-E, przez niedawno wydaną książkę „Świat bez nas” (Alan Weisman, polskie wydanie 2007), filozofujący dokument „Spotkania na krańcach świata” (reżyseria Werner Herzog, polska premiera 31 października), po najnowsze prace wielu filozofów, antropologów i socjologów – wszystko nam mówi, że obecność naszego gatunku na Ziemi zbliża się ku końcowi. A przynajmniej należałoby poważnie poddać w wątpliwość założenie, że koniecznie musimy istnieć, bo jesteśmy wyjątkowi. Wyobrazić sobie świat bez ludzi.
Przyjrzyjmy się temu bliżej, póki jeszcze tu jesteśmy.
Ziemia, rok mniej więcej 2800. Przez wyludnione miasto zasypane śmieciami sunie WALL-E, samotny robot, który z wytrwałością Syzyfa usiłuje nadal sprzątać to, czego posprzątać już się nie da. Ludzkość się poddała i ewakuowała z Ziemi; ludzie żyją na statkach kosmicznych, obsługiwani przez roboty, pogrążeni w konsumpcjonistycznym letargu, grubi i nudni. W jednym z kluczowych obrazów widzimy Ziemię z perspektywy kosmosu, tonącą w śmieciach pozostawionych przez ludzi. To po-ludzkie złomowisko rozciąga się zresztą też w przestrzeń kosmiczną, otaczając planetę grubym pierścieniem niepotrzebnych już nikomu satelitów. Wśród nich przemyka gdzieś sputnik (1957), ironicznie przywołujący obietnicę lepszego życia dzięki technologii. Ta nigdy nie spełniona obietnica, przekonuje WALL-E, już wtedy miała w sobie zalążek klęski ludzkości. Ludzie zniszczyli się sami.
Ziemia, współcześnie. Stacja Antarktyczna McMurdo to tysiącosobowe osiedle na być może najbardziej nieprzyjaznym ludziom skrawku planety. Do McMurdo za pieniądze amerykańskiej National Science Foundation przylatuje dokumentalista Werner Herzog. (- Ale nie po to, żeby kręcić film o słodkich i puchatych pingwinach – podkreśla). Z kamerą przygląda się pracy naukowców i inżynierów, którzy pracują w McMurdo. Pyta ich o motywacje, śledzi przygotowania do kolejnych wypraw, przygląda się nieziemskiemu krajobrazowi i fantastycznej naturze.
W jednej ze scen widzimy naukowców odpoczywających po ciężkim dniu pracy. Oglądają film katastroficzny, „Them!” („One!”), z 1954 roku. Nakręcony w czasie zimnowojennych niepokojów film, jeden z pierwszych w nurcie „kina nuklearnego niepokoju”, straszy atakiem gigantycznych mrówek, zmutowanych wskutek eksperymentów z bronią jądrową na pustyni w Nowym Meksyku. Przeniesiona w czasie i miejscu do odizolowanej od świata stacji arktycznej opowieść science-fiction o buncie natury przeciw człowiekowi może śmieszyć, ale Herzog sprawia, że wydaje się całkiem na miejscu.
Opowieść Herzoga o krańcu świata na Antarktydzie jest bowiem pretekstem do snucia rozważań o końcu (ludzkiego) świata na Ziemi. Ten momentami zachwycający, a momentami niesłychanie irytujący film w ciekawy sposób miesza różne ujęcia (braku) przyszłości ludzi na Ziemi. Współistnieją w nim wątki scjentystyczne (przyszłość znana dzięki naukowej prognozie), popkulturowe (przyszłość z fantazji science-fiction), a nawet pojawia się estetyka mistyczno-religijna (przyszłość ujawniana przez proroctwo?) – Jedno jest pewne – mówi Herzog w pewnym momencie. – Obecność ludzi na Ziemi nie jest do utrzymania. Podobne zdanie słyszymy w WALL-Em.
Wyginęły dinozaury, my jesteśmy następni, sugeruje Herzog. Ciekawsze jest dla niego zastanawianie się, co stanie się po naszym zniknięciu. Takie pytanie stawia sobie Alan Weisman, którego książka „Świat bez nas” nie tylko znakomicie się sprzedała, ale i zainspirowała serię dokumentalnych filmów telewizyjnych. (W Nowym Jorku plakaty z komputerową wizualizacją zawalonego i zarośniętego mostu Brooklynskiego w wyludnionym mieście wywieszone przez producentów filmu dokumentalnego sąsiadowały z plakatami hollywoodzkiej superprodukcji „Jestem legendą”, na których widniał zawalony most Brooklynski, w wyludnionym mieście). Rozwijając swój myślowy eksperyment Weisman odwiedza miejsca takie jak pierwotny las Białowieży („ciemny, tajemniczy las, w którym słychać wycie wilków, a z drzew zwisają tony mchu”), czy pas ziemi w strefie zdemilitaryzowanej pomiędzy Koreą Północną a Południową („mimowolnie utworzony rezerwat przyrody”).
Trudno zapomnieć efektowny opis Manhattanu, z którego zniknęli ludzie, i który w przerażająco, ale i fascynująco szybkim tempie zostaje odzyskany przez naturę. Tunelami metra zaczynają płynąć rzeki, trawie udaje się wydrzeć z niewoli trawników, w szybko powstających szparach asfaltu wyrastają drzewa. Wieżowce pochylają się, a później walą.
Weisman rozumie swój eksperyment jako rodzaj eko-terapii: W pewnym sensie eliminuje on wszystkie ludzkie obawy i powstrzymuje przerażającą falę depresji, która może nas ogarnąć, gdy słyszymy o wywoływanych przez ludzi problemach związanych ze środowiskiem i katastrofach, jakie mogą nam się przydarzyć (…) To bardzo przyjemny i prosty sposób na zmniejszenie niepokoju. A zastanawianie się, co stałoby się, gdyby nas już nie było, pozwala w nowy sposób ocenić to, co dzieje się obecnie, kiedy wciąż jeszcze jesteśmy (z wywiadu dla „Świata Nauki”).
Praca wyobraźni nad zniknięciem ludzi z powierzchni ziemi wiąże się z dowartościowaniem tego, co nie-ludzkie, a do tej pory pozostawało w cieniu wszechpotężnego człowieka. W odróżnieniu od szarpiących się z żywiołem ludzi, na przekór wszystkiemu usiłującymi hodować pomidory i prowadzić życie towarzyskie w nieludzkich warunkach, oceaniczne stwory Antarktydy wydają się w obiektywie Herzoga nie tylko pogodzone ze swoim życiem, ale i na swój sposób szczęśliwe.
Mimo, że pokazuje ludzi z całą sympatią, przez niezykłą scenerię Herzogowi udaje się w odniesieniu do homo sapiens osiągnąć to, co Brecht nazywał Verfremdungseffekt, efektem obcości. Na równych prawach w filmie pojawia się egzystencjalny dramat pingwina czy macierzyństwo foki, i to ludzie wydają się w tym świecie nie na miejscu, nie tylko ze względu na niesprzyjający klimat.
Do tej pory „komedia ludzka” była gatunkiem humanistycznym. U Herzoga wydaje się post-humanistyczna.
Ostatnio bowiem pojawiają się głosy, że humanistyka już nie wystarczy, i czas na post-humanistykę. W czasach, w których manipulacje genetyczne, techniki przedłużające życie i technologie wszczepiane w ludzkie ciało zacierają granicę między ludźmi a maszynami, założenia humanizmu opartego na przekonaniu o absolutnej wyjątkowości człowieka zaczynają się chwiać. Teoretycy i badacze zaczynają szukać nowych pojęć i przyglądać się nowym hybrydom ludzi i maszyn, ludzi i zwierząt, ludzi i rzeczy. Antropologowie piszą książki o owadach, psach, drzewach, kamieniach i dziurze ozonowej. Socjologowie z równą uwagą śledzą relacje między ludźmi, jak między nieożywionymi przedmiotami. Filozofowie pytają o etykę, tożsamość i wyjątkowość człowieka w czasach, gdy za 350.000 dolarów możemy zamówić sekwencję swojego genomu z dostawą do domu, i gdy trwają prace nad klonowaniem i sztuczną inteligencją.
Popkultura reaguje na te debaty w charakterystycznie dwojaki sposób. Z jednej strony, jak to popkultura, upraszcza je i odziera z niuansów. Z drugiej jednak strony, wydając miliony dolarów na najlepszych scenarzystów i grafików komputerowych, niechcący stawia w centrum masowej uwagi problemy roztrząsane dotąd w dość wąskim gronie. Kto zobaczył pustą Ziemię dzięki „Planecie Małp”, „A.I. Sztucznej inteligencji”, „Jestem Legendą”, „WALL-Em” czy „Świecie bez nas”, długo nie zapomni tego widoku. Oczywiście twórcy sięgają po ten motyw nie po to, żeby nauczać, lecz po to, żeby straszyć lub zadziwiać. Ale im więcej takich filmów, tym łatwiej – już na bardziej refleksyjnym poziomie – pytać: czy ludzie rzeczywiście są tacy wyjątkowi?
W ten sposób współczesna kultura problematyzuje granicę między tym, co ludzkie, a tym co, nie-ludzkie. Jest to temat niezwykle produktywny narracyjnie: od fascynujących opowieści o dzikich dzieciach wychowanych przez zwierzęta, przez mit o Golemie i związane z nim historie o cyborgach i robotach, po bliskie spotkania trzeciego stopnia z kosmitami. Ale równolegle do rozrywki trwa praca wyobraźni w tak odległych sferach jak filozofia polityczna: czy małpy powinny mieć prawa na podobieństwo praw człowieka? Jeżeli nie, to jak to przekonująco uzasadnić? A jeżeli tak, to gdzie leży granica, skoro nie między ludźmi, a nie-ludźmi? Im dokładniej przyglądać się sprawie, tym mniej jasnych granic, i tym więcej odcieni szarości. Historycy opisują odbywające się w średniowiecznej Europie procesy sądowe zwierząt: w 1386 roku sąd skazał na śmierć świnię, która zabiła ludzkie niemowlę, w 1510 roku w Burgundii odbyła się rozprawa przeciw szczurom, oskarżonym o zniszczenie dużej części plonów. Na początku XXI wieku ekolodzy walczący z wycinką lasów zastanawiają się, czy drzewo może być stroną w ewentualnej rozprawie.
Te ostatnie przykłady stawiają pytanie tak: czy nie-ludzi traktować tak jak ludzi? Jakakolwiek nasza odpowiedź, samo pytanie brzmi stosunkowo niegroźnie. Wystarczy jednak je odwrócić („czy ludzi traktować tak samo, jak nie-ludzi?”) i od razu słychać, jak potencjalnie radykalne mogą być odpowiedzi. Na przykład brytyjski filozof John Gray w „Słomianych psach”, rodzaju zjadliwego pamfletu na ludzkość, nawołuje do radykalnego zerwania z przekonaniem o wyjątkowości ludzi i jakiejkolwiek istotnej różnicy pomiędzy nami, a innymi zwierzętami zamieszkującymi Ziemię: Większość ludzi uważa obecnie, że przynależą do gatunku, który może zapanować nad własnym losem. Mamy tu oczywiście do czynienia z wiarą, a nie z nauką. Nikt nie mówi, że nadejdą czasy, kiedy wieloryby albo goryle staną się panami własnego losu. Dlaczego akurat ludzie? – pyta Gray.
Rozpowszechnianie się obrazu Ziemi bez ludzi przenosi pytania posthumanistyki w codzienność milionów odbiorców mediów. W nowoczesnych społeczeństwach, zauważają socjologowie, ludzie zadają sobie pytania na temat skutków swojego postępowania odnosząc się do coraz wyższego poziomu abstrakcji: od najbliższego otoczenia po… no właśnie: planetę? Wszechświat?
Weźmy radykalizujące się myślenie ekologiczne, które na początku rozpoznawało kryzysy w bardzo małej skali (wyciek oleju z tankowca), by zacząć definiować je w skali planety (globalne ocieplenie, dziura ozonowa). W obu tych przypadkach mamy do czynienia z problemem, którym ludzie powinni się zająć. Ale stąd już niedaleko do wniosku, że kryzysem jest sama obecność ludzi na Ziemi, i to Ziemia w końcu zajmie się ludźmi, a nie ludzie Ziemią.
W słynnej książce „Zemsta Gai” James Lovelock rozwija tak zwaną hipotezę Gai, która ujmuje elementy biosfery jako funkcjonalny i złożony system, który w końcu zwalczy zagrażający mu gatunek ludzki, tak jak system odpornościowy niszczy patogeny. (Gray szeroko czerpie z Lovelocka). Ludzie na Ziemi zachowują się pod pewnymi względami jak organizmy patogeniczne, jak komórki raka, nowotworu – pisze Lovelock. Wraz ze wzrostem naszej liczebności zaczęliśmy tak bardzo przeszkadzać Gai, że nasza obecność stała się zauważalnym zakłóceniem (…) gatunek ludzki jest obecnie tak liczny, że stanowi poważną, planetarną chorobę. Gaja cierpi na primatemaję rozsianą – zarazę ludzką” (cytat za: John Gray, „Słomiane psy”).
Takie ujęcia mogą wiązać się albo z silnym pesymizmem (powstał już zresztą Ruch na Rzecz Dobrowolnego Wyginięcia Ludzi) albo z koniecznością gruntownego przemyślenia, co to znaczy być optymistą. Nie tylko nauki społeczne, ale i popkultura opowiada pesymistyczne i optymistyczne historie na poziomie globalnym.
W pewnym sensie ostatnie dekady popkultury nieustannie, nawet jeśli niechcący, promują „planetarny” punkt widzenia. Ludzie stworzyli broń teoretycznie pozwalającą zniszczyć swoją obecność na Ziemi? Mamy nie tylko zimną wojnę z kulminacją w kubańskim kryzysie rakietowym, ale i serię filmów katastroficznych o planetarnym zagrożeniu dla życia ludzi, takich jak „Them!”, który spotykamy w filmie Herzoga, oglądany przez naukowców na Antarktydzie. Ludzie stworzyli technologię pozwalającą im zobaczyć całą tarczę Ziemi w jednym kadrze? Wraz z rosnącą świadomością wzajemnych powiązań między procesami klimatycznymi, ekonomicznymi, politycznymi i kulturowymi, niebiesko-zielony glob staje się rozpoznawalnym kodem wizualnym globalizacji – od czołówek programów informacyjnych po logo instytucji finansowych. (Najsłynniejsze, pierwsze zdjęcie całej Ziemi pochodzi z 1972 roku). Filmy przyrodnicze przestają opisywać afrykańską sawannę, a zaczynają mówić o przyszłości, jak fenomenalna „Planeta Ziemia” BBC.
O ile w praktyce politycznej jeszcze do tego daleko, w zasilanej przez media wyobraźni milionów coraz częściej pojawiają się kategorie takie jak „planeta”, „biosfera”, czy „ludzkość”; dzięki mediom rodzi się codzienny „banalny kosmpolityzm”. Od świadomości narodowej do „świadomości ludzkości”? Dalej jest już tylko Ziemia bez ludzi. I tak w chwili, gdy nasza masowa wyobraźnia i filmowe spojrzenie skolonizowały już całą Ziemię i jej otoczenie, powoli zaczyna się myślowa dekolonizacja kontynentu.
Skrócony tekst ukazał się w “Polityce” 44/2008
Komentarze są wyłączone
Nie patrz w niebo!
O projekcie artystycznym Petera Coffina (Gdańsk-Sopot, 4 lipca 2008)
Przelatując nad Gdańskiem i Sopotem sztucznym UFO, Peter Coffin zaprasza nie tylko do oglądania fenomenalnego wizualnego spektaklu, ale i do uczestnictwa w społecznym eksperymencie. Pojawienie się na wieczornym niebie niezwykłego, świetlistego obiektu na pewno przyciągnie wzrok. Być może przywoła ekscytujące hollywoodzkie fantazje, z Bliskimi spotkaniami trzeciego stopnia na czele. Lecz przecież chodzi tu o coś więcej niż tylko estetyczną przyjemność.
Znacznie ciekawsza od estetyki UFO jest socjologia UFO, wychodząca z założenia, że rzeczy widywane na niebie zaskakująco często opowiadają o sprawach roztrząsanych na ziemi.
UFO może być projekcją lęków lub nadziei, symbolicznym obiektem, w którym – jak chciał Jung – wyraża się zbiorowa nieświadomość w czasach globalnych obaw i niepewności. Socjologia UFO bierze w nawias pytanie o to, czy UFO istnieje, czy nie. Dla niej realne jest to, co ma źródła i konsekwencje w świecie ludzi. UFO istnieje poprzez ludzkie o nim gadanie. Dlaczego jednak te opowieści bywają tak ekscytujące? Skąd zaskakująca uporczywość historii o niezidentyfikowanych obiektach latających? O czym tak naprawdę toczą się rozmowy biorące za swój pretekst UFO?
UFO Coffina, mimo oficjalnej zgody na przelot wydanej przez Odpowiednie Instytucje, stanowi jawne zakłócenie porządku publicznego. Porządek ten opiera się na tym, że podzielana wizja świata pozostaje niekwestionowana, a zasady regulujące relacje między ludźmi wydają się oczywiste. Lecz wystarczy w ten międzyludzki wszechświat wlecieć UFO i wszystko nagle zaczyna się wydawać jakieś dziwne.
Sztuczne UFO pozwala stawiać nowe pytania oraz dostrzegać złożoność i tajemniczość pozornie banalnej codzienności. Ta otwarcie fikcyjna sytuacja na niebie może odkryć przed jej świadkami na ziemi zaskakujące wymiary społecznej rzeczywistości.
Dlatego po pierwszym odruchu zadarcia głowy warto rozejrzeć się wokoło. To, co najciekawsze, nie zdarzy się na niebie.
Tekst opublikowany w katalogu Festiwalu Gwiazd, Gdańsk, 2008
O projekcie czytaj też tu.
Komentarze są wyłączone
Spam: spóźniona laurka
Mateusz Halawa
Obchodziliśmy jbegs Rolex trzydzieste urodziny spamu Viagra edr e ado pl js ic rpl!
Dostałem maila. Dear mateusz, przeczytałem, Choose from any of the following r edr e ado pl js ic rpl a w cvz at lx ch yd es. Następny e-mail miał tytuł „Is yttrium my fetus”. Dalej replika Roleksa. Viagra z amerykańskiej apteki. Propozycja z Nigerii: wpłać niewielką sumę, dostaniesz większą. Icicletrumpery.
Ocenia się, że 80 procent maili krążących w internecie to spam. To ponad miliard wiadomości dziennie. (Spam jest zjawiskiem, które nie ogranicza się do poczty elektronicznej, ale ta laurka do niej się ograniczy). Jednak niewielu internautów z radością powitało trzydzieste urodziny spamu, przypadające w tym roku na niedzielę, trzeciego maja. Trzydzieści lat temu trzysta użytkowników sieci Arpanet, poprzedniczki Internetu, otrzymało pierwszą niepożądaną wiadomość. Dziś każdy, kto czyta e-maile, zetknął się ze spamem.
Mało kto lubi spam. Werwę, z jaką go nienawidzimy i zapał, z jakim z nim walczymy, da się porównać z wojną totalną, którą nasza kultura wydała bakteriom i drobnoustrojom. W domu – telewizyjne reklamy obiecujące rzeź 99% chorobotwórczych mikrostworów, stalowe kuchnie wyglądające jak laboratoria i bezustannie dezynfekowane łazienki. W sieci – filtry antyspamowe i porady ekspertów, którzy życie codzienne w dobie internetu opisują językiem militarnym (“chroń swój adres!”, “filtr to twoja pierwsza linia obrony!”, “wojna wydana spamowi!”).
Choć nielubiany, spam jest niezbędny. Oczywiście warto i należy z nim walczyć, ale warto też nie przesadzić. Bo gdyby spam zniknął, cały moralny ład internetu mógłby się załamać.
Dlaczego? Spam jest w naszych skrzynkach odbiorczych, tym czym brud i odpadki w naszych mieszkaniach – “materią nie na miejscu”. Ta definicja brudu, zaproponowana przez zmarłą w zeszłym roku wybitną antropolożkę Mary Douglas, pokazuje, że to, co nieczyste, niepotrzebne i do wyrzucenia (skasowania), pełni w kulturze istotną role podtrzymywania ustalonego porządku symbolicznego i wzmacniania wytyczonych granic.
“Spam nie bywa nigdy unikalnym, wyizolowanym zjawiskiem. Tam gdzie jest spam, jest też system. Spam to produkt uboczny systematycznego porządkowania i klasyfikacji rzeczy, o tyle, o ile porządkowanie wymaga odrzucania nieprzystających elementów”. (Zamieniłem Douglas “brud” na “spam”). Brud jest pojęciem relatywnym, pisała Douglas. Rzeczy są brudne tylko w relacji do innych rzeczy, które uznajemy za czyste. I odwrotnie – możemy coś uznać za czyste (dobre, sensowne, ciekawe), tylko w relacji do tego, co uznajemy za brudne.
Dlatego spam jest ważny. Nic nie utwierdza nas w tym, że nasza codzienna e-mailowa korespondencja dotyczy spraw istotnych, lepiej niż to, że regularnie oddzielamy w naszych skrzynkach odbiorczych ziarno od plew, kasując co jakiś czas spam, który jakimś cudem przeszedł przez sito antyspamowych filtrów.
Czasem ktoś upiera się, że wysłał nam e-mail, mimo, że nie widzimy go w skrzynce odbiorczej. Wtedy musimy zagłębić się do pęczniejącego folderu “spam” w poszukiwaniu zabłąkanej wiadomości. Ta czynność wydaje się nieco obrzydliwa, jak grzebanie w kuchennym śmietniku w poszukiwaniu pierścionka, który zsunął się przy obieraniu ziemniaków. A przecież spam potrafi być piękny!
Gdy zawartość folderów z napisem “spam” i koszy na śmieci na pulpitach naszych komputerów wciąż czeka na swoich antropologów, my przyjrzyjmy się treściom spamu. Fascynująca jest jego ewolucja od prostego komunikatu reklamowego do złożonych ciągów wyrazów, które często przestają cokolwiek znaczyć.
Tworzone tak, by skutecznie obejść coraz lepsze filtry antyspamowe, z wklejonymi fragmentami tekstów i wyrafinowanymi neologizmami, które mają zmylić przeciwnika, spamowe wiadomości powoli tracą na jakimkolwiek dosłownym znaczeniu, a zyskują na dziwnym poetyckim uroku. Zupełnie jakby ich twórcy, świadomi – tak jak awangardowi poeci – ze ich publiczność jest niewielka, poczuli wolność od przymusu komunikowania czegoś komuś i rozsmakowali się w grze forma. Czyżby na naszych oczach spam rozpoczynał drogę, którą przed nim przeszła poezja i malarstwo?
Most piroshki believe that living with hydrogen atom admonish defined by inferiority complex.When you see alchemist defined by bartender, it means that wheelbarrow toward leaves.widows remain curmudgeonly.Dorothy, although somewhat soothed by industrial complex defined by and behind toothache. (Więcej poetyckiego spamu tu).
Czy spam w ogóle ktoś pisze? Czy za tymi miliardami wiadomości stoją jeszcze jacyś ludzie, czy spamowi udało się przezwyciężyć największe ograniczenie cyfrowej twórczości – analogowo myślącego człowieka – i zaczął wreszcie generować się sam?
Trzydzieste urodziny spamu, to może okazja zbyt błaha na pomnik (“Spamowi – Naród“?), ale jakoś jednak wypadałoby je uczcić.
Internauto! Internautko! Uważnie przeczytaj swój dzisiejszy spam. Cyfrowy brud w Twoim komputerze, poezję bez poety.
Komentarze są wyłączone
Eros i Thanatos na Manhattanie
“Projekt: Monster”. Manhattan (znowu) zniszczony! Ale czy można tak się bawić po 11 września?
W “Manhattanie” Woody’ego Allena, filmowym peanie z 1979 roku na cześć miasta, które zawładnęło masową wyobraźnią, zakochani bohaterowie jadą dorożką przez Central Park. To jedna z najbardziej poetyckich scen w kinowej historii nowojorskich romansów. W “Cloverfield” (polski tytuł, nie wiedzieć czemu: “Projekt: Monster”, film miał polską premierę w lutym) widzimy taką samą dorożkę, bez pasażerów i dorożkarza, sunącą po zgliszczach Manhattanu zniszczonego przez potwora z rzeki Hudson. “Cloverfield” udaje amatorskie nagranie odnalezione – czytamy na początku filmu – w miejscu “znanym kiedyś jako Central Park”.
Amerykańska popkultura mierzona liczbą filmów na stopę kwadratową i telewizyjnych seriali na głowę mieszkańca wydaje się na Manhattanie szczególnie zagęszczać – przy czym wyspa wydaje się kondensować artystyczną energię albo w celebracji życia, miłości i seksu, albo w żądzy zniszczenia i śmierci. Niekończący się strumień popkulturowych wizerunków Manhattanu rządzi się iście freudowską dynamiką: albo Eros, albo Thanatos.
Za pośrednictwem Hollywood Manhattan skolonizował globalną wyobraźnię zbiorową. Superprodukcje coraz częściej przygotowane są z myślą o zyskach z widowni poza USA, a ta przez lata nauczyła się topografii wyspy właściwie na pamięć i chce oglądać właśnie Manhattan. Tak historia kręcenia filmów o Manhattanie owocuje kolejnymi filmami o Manhattanie.
Przyzwyczailiśmy się do Manhattanu jako sielankowej scenerii romansów, poczynając od ikon: Marilyn Monroe w “Słomianym wdowcu” (1955 – podmuch z szybu wentylacyjnego metra unosi jej sukienkę) i Audrey Hepburn w “Śniadaniu u Tiffany’ego” (1961), po kawiarniany orgazm Meg Ryan w “Kiedy Harry poznał Sally” (1989). Telewizje na całym świecie emitują ekscytujące życie codzienne na Manhattanie w odcinkach “Przyjaciół”, “Seinfelda” i “Seksu w wielkim mieście”, który w tym roku zadebiutuje również w wersji kinowej.
Bardziej zadziwiające są jednak regularność i upór, z jakimi amerykańskie kino trenuje zagładę miasta. Oto Manhattan zatopiony: przez powódź (“Deluge”, 1933), tsunami wywołane przez kosmiczną katastrofę (“When Worlds Collide”, 1951; “Dzień zagłady”, 1998), wskutek globalnego ocieplenia (“A.I.: Sztuczna inteligencja”, 2001). Zniszczony przez trzęsienie ziemi (“Po wstrząsie”, 1999), wulkan (“Disaster Zone: Volcano in New York”, 2006), bombę atomową (“Invasion USA”, 1952), meteoryt i planetoidę (odpowiednio: “Meteor”, 1979 i “Armageddon”, 1998), kosmitów (“Dzień Niepodległości”, 1996). Manhattan zamrożony przez niespodziewaną epokę lodowcową (“Pojutrze”, 2004), zaatakowany przez bestię z 20 000 sążni (1953), duchy (niegroźnie, “Pogromcy duchów”, 1984), Godzillę (znacznie groźniej, 1998, 2004), King Konga (trzykrotnie: 1933, 1976, 2005), wreszcie – potwora z “Projekt: Monster” (2008).
Gdy jest aż tak źle, że na Ziemi zostaje tylko jeden człowiek, można liczyć na to, że będzie on wędrował przez opustoszały Manhattan (“The World, the Flesh and the Devil”, 1959; “Jestem legendą”, 2007). Dalej może być już tylko Manhattan – i świat – bez ani jednego człowieka, jak w niedawnej telewizyjnej ekranizacji fascynującej książki Alana Weismana “Świat bez nas”, gdzie aleją Lexington zaczyna płynąć rzeka, a Statua Wolności znajduje się pod wodą. W “Projekt: Monster” oderwana przez potwora głowa Statui ląduje na ulicy, w “Planecie małp” z 1968 i 2001 fragment zardzewiałej Statui to jedyne, co przypomina o dawnej Ziemi.
Ta nadprodukcja scenariuszy zagłady Manhattanu przestała być niewinna w chwili zamachów 11 września. Słoweński filozof Slavoj Żiżek pisał, że na rzeczywistość tych zamachów zaplanowanych tak, by oprócz śmierci i zniszczenia na miejscu siać zgrozę na żywo przez satelitarną telewizję, patrzyliśmy oczami wytrenowanymi przez filmowe fantazje śmierci i zniszczenia. Dotąd skrzętnie wypierane strachy powracały w bezpiecznej formie kinowej rozrywki. Jednak co teraz, kiedy zagrożenie z symbolicznego stało się realne? Czy po 11 września można kręcić filmy o potworze siejącym śmierć na Manhattanie?
Obserwując w “Projekcie: Monster” zapadający się w chmurze dymu Wieżowiec Woolwortha, przekonamy się, że można (wśród recenzentów trwa inna debata: czy się powinno). Zresztą producent filmu J.J. Abrams (produkował m.in. serial “Zagubieni”) sam sprzedaje swój film jako rozrywkę na temat 11 września i Ameryki czasu “wojny z terroryzmem”. – Żyjemy w czasie wielkiego strachu – mówi Abrams. – Film o czymś tak niepokojącym jak olbrzymie stworzenie atakujące twoje miasto pozwala ludziom przetworzyć i przeżyć ten strach, doskonale się bawiąc i w sposób bezpieczny.
Abrams proponuje widowni popterapię: przepracuj traumę, dobrze się bawiąc. Ale to wcześniejsze filmy o potworach były wyrazem politycznych i kulturowych strachów. Ten stara się raczej tym strachom zaprzeczać. Efektowny “Projekt: Monster” – Godzilla skrojona na miarę czasów “wojny z terroryzmem”, YouTube.com i telefonów komórkowych z wbudowanymi kamerami – chce na powrót zamknąć powrześniowe strachy w ramach konwencji. Nic się nie stało – jak co roku potwór niszczy Manhattan.
„Gazeta Wyborcza” | 31 marca 2008
W telewizji: Kupa!
Uwaga: ten tekst zawiera treści z każdego punktu widzenia nieodpowiednie i niesmaczne. Nie powinien być czytany przez nikogo
Popularny amerykański serial animowany dla dorosłych “South Park” już jedenasty sezon zaczyna się podobnym ostrzeżeniem. (Naprawdę, proszę odłożyć gazetę lub zamknąć stronę internetową. Teraz.) Coraz więcej programów, które serwuje amerykańska kablówka (zwłaszcza kanał Comedy Central), należałoby opatrzyć takim napisem. Reakcją, której telewizja oczekuje od zblazowanych widzów, takich którym wydaje się, że widzieli już wszystko, jest coraz częściej: Fuj! Bleee!
Czy ohyda staje się nową telewizyjną konwencją?
Fuj!
Telewizja zawsze była medium ekscesu: w telewizji wszystko jest “bardziej” i “lepiej”, wszystkiego jest “więcej”. Ostatnio ten eksces zamiast w stronę świata przesadnie polukrowanego, landrynkowego i kiczowatego albo przesadnie strasznego, okrutnego i przygnębiającego kieruje się w stronę przesadnej ohydy, obrzydlistwa i żenady. Pierwszym przykazaniem każdego dyrektora programowego jest “wzbudzaj u widza emocje”. Jakie? Podstawowych emocji, policzyli psychologowie, jest sześć. Telewizja apeluje do nich bezustannie.
Raz – szczęście. Bohaterowie ulubionego serialu się pobierają. Polscy piłkarze wygrywają: Gooool!
Dwa – zaskoczenie. Morderczynią okazuje się ta sympatyczna staruszka z sąsiedztwa, kto by pomyślał. Co?! Steczkowska odpada z “Tańca z gwiazdami”?
Trzy – obawa. Czy wędliny, które je twoje dziecko, mogły być przeterminowane? Czy na placu zabaw grasuje pedofil? Już za chwilę w programie “Uwaga!”.
Cztery – gniew. Złodziejska prywatyzacja zostawia ludzi bez środków do życia (“Sprawa dla reportera”). Polityka (dowolny program publicystyczny).
Pięć – smutek. Dziś w cyklu „Okruchy życia” dramatyczna walka siedmiolatki z białaczką.
Rzadko jednak apeluje się do szóstej emocji: obrzydzenia. Zarezerwowane dotąd dla bardziej ambitnych lub wprost awangardowych produkcji, obrzydzenie, wstręt, ohyda kuszą jednak telewizyjnych producentów – bo w odróżnieniu od pozostałych emocji nie są jeszcze tak wyeksploatowane i skonwencjonalizowane. A widzowie oprócz emocji oczekują jeszcze czegoś nowego. (Czytelnicy też, ale w tym przypadku – proszę nie czytać dalej. Serio.)
Skandal!
Amerykańska stacja Comedy Central to jedno z miejsc, gdzie telewizja prowadzi eksperymenty nad ohydą i obrzydzeniem jako taktyką zdobywania uwagi widzów. Wśród wielu propozycji: kultowa kreskówka „South Park” (jedenaście sezonów, emitowana także w Polsce) i show komiczki Sarah Silverman (drugi sezon).
Z listów oburzonych „South Parkiem” widzów do Federalnej Komisji do Spraw Komunikacji (FCC): „Słowo »pedał « powtórzono 20 razy”; „Program jest wulgarny i nieprzyzwoity”; „Twórcy programu w lewym dolnym rogu umieścili licznik, pokazujący, ile razy pada w nim słowo »gówno «: 162″; „Jezus defekuje na prezydenta Busha i amerykańską flagę, a wszystko to dzieje się w Wielkim Tygodniu”; „Sugestie pedofilii”; „Gadająca kupa”; „Program robi sobie żarty z 11 września”; „Oburzające: w ostatnim odcinku mały chłopczyk zabija Jezusa, krew tryska wszędzie”; „W programie użyto słowa »czarnuch «”; „Dowcipy o waginie Hillary Clinton”; „Powinno się tego zakazać”; „Niech Bóg błogosławi Amerykę”.
W czasie premierowej emisji dziewiątego odcinka najnowszej serii „South Parku” w momentach, gdy na ekranie było widać (mniejsza o to, dlaczego) gargantuicznych rozmiarów kupę (z Zurychu przyjeżdżają ją zmierzyć przedstawiciele Europejskiego Instytutu Miar i Standardów Fekalnych), na ekranie migał napis „Serial nagrodzony nagrodą Emmy”. Jednostkę pomiaru wielkości kupy, jeden kurik, nazwano nazwiskiem Katie Couric, gwiazdy amerykańskiego dziennikarstwa telewizyjnego. Gdyby telewizja mogła transmitować zapachy, w pokoju z telewizorem emitującym ten odcinek trudno byłoby wytrzymać. Akcja jednego z odcinków show Silverman zawiązuje się, gdy zaintrygowana tym, że jej pies wciąż liże swój odbyt, sama postanawia spróbować: „Co w tym takiego pysznego?”. Zostaje aresztowana za „zainicjowany przez człowieka kontakt seksualny ze zwierzęciem” – a to dopiero początek.
Kiedyś „obraza uczuć” lub „dobrego smaku” była niepożądanym skutkiem ubocznym działania telewizji. Przedłużające się kolaudacje i badania rynku miały wykluczyć możliwość jakiejkolwiek obrazy czegokolwiek. O ile w przypadku dużych stacji głównego nurtu wciąż tak jest, te mniejsze odkryły żyłę złota: obraza uczuć i dobrego smaku staje się w nich jedną z konsekwentnie stosowanych strategii. Twórcy „South Parku” Matt Stone i Trey Parker tak komentowali przedłużenie i rozbudowanie ich kontraktu o nowe kanały dystrybucji: – Trzy lata „South Parku” więcej daje nam możliwość obrażenia znacznie większej liczby ludzi. Teraz możemy też obrażać ludzi przez telefony komórkowe, konsole do gry i komputery. To dla nas bardzo ekscytujące.
Taktyka Sarah Silverman: wziąć się za dowcip już w punkcie wyjścia niemieszczący się w granicach dobrego smaku lub politycznej poprawności – i doprowadzić go do ekstremum takiego, że widz nie wie, czy wybuchnąć oczyszczającym śmiechem, czy dzwonić po policję.
Bleee!
Po ciemniejszych zaułkach internetu krąży nie tylko pornografia, ale i filmy w rodzaju: “szwedzka prezenterka rzyga na antenie” (ponad dwa miliony widzów, YouTube.com). Jeżeli telewizja ma być atrakcyjna dla młodszych widzów musi zainteresować się jedną z przewag sieci: że uchodzi w niej więcej. Tak jak estetyka pornograficzna coraz częściej przenika do publicznej przestrzeni (chociażby w reklamach), tak dzieje się i z ohydą. W zeszłym tygodniu internetowy magazyn Slate.com napisał o internautach filmujących i umieszczających w sieci swoje reakcje (z odruchami wymiotnymi włącznie) na krążący w internecie film przedstawiany jako „najobrzydliwszy na świecie”. Kierując uwagę nie na przedmiot obrzydzenia, lecz na twarze obrzydzonych, filmy te pokazują mieszankę wstrętu i zainteresowania. Młodzi widzowie zasłaniają oczy dłońmi tylko po to, żeby zaraz zrobić małą szparę między palcami i patrzeć dalej.
Co ciekawe, twórcy „South Parku” i Sarah Silverman wydają się doskonale zdawać sobie sprawę, że „dobry smak” nie jest społecznie czy politycznie niewinny. Powiedzieć komuś: „Zachowuj się przyzwoicie”, to też przypomnieć mu miejsce w społecznej hierarchii. Tymczasem obrzydliwość może być wywrotowa. Programy Parkera, Stone’a i Siverman nie są politycznie niewinne: są bezpośrednio – inteligentnie i przewrotnie – zaangażowane we wszystkie amerykańskie wojny kulturowe: o aborcję, rasę, orientację seksualną, wolność słowa, religię, komórki macierzyste, okupację Iraku, zagrożenie terroryzmem. Ni to rozrywka, ni publicystyka, ni regresja do przedszkolnych fekalnych obsesji i podstawówkowych dowcipów nieakceptowalnych z żadnej perspektywy – jednocześnie przyciąga i odpycha swoich widzów.
Świadomie lub nie Parker i Stone oraz Siverman odwołują się do europejskiej tradycji karnawału jako odwrócenia hierarchii społecznych, wywróceniu na nice porządku społecznego, który na co dzień chronią rozmaite tabu. Karnawałowa ludyczność, o której pisał rosyjski teoretyk literatury Michaił Bachtin, przenosi społeczne konflikty na sferę cielesności i gra z tabu otaczającymi ciało. Bachtin czytał w ten sposób „Gargantuę i Pantagruela” Rabelais’go. Stone, Parker i Silverman, przekraczając granice dobrego smaku, jednocześnie prowadzą społeczną krytykę z pozycji błaznów, którym uchodzi więcej. Silverman opowiada rasistowskie dowcipy, ale w istocie to dowcipy o rasistach. „South Park” testuje granice amerykańskiej debaty publicznej i doprowadza do absurdu ideologiczne spory albo wręcz przeciwnie – podkreśla ich wagę.
Teledekadencja
Telewizyjna ohyda to część szerszego zjawiska – pod presją rozwijającego się internetu amerykańska i brytyjska popularna telewizja coraz częściej flirtuje z bardziej ryzykownym poczuciem humoru niż to proponowane przez sitcomy ze śmiechem „z puszki”. Twórcy produkcji takich jak „Curb Your Enthusiasm”, „The Office” czy „Little Britain” – na różne sposoby – tworzą telewizyjne dowcipy, które rozsadzają formalne zasady rządzące i telewizją, i dowcipami. W serialach komediowych zamiast puenty goniącej puentę pojawiają się dziwne przestoje, niepokojąca cisza, pozornie nieporadne dowcipy, szokujące lub obrzydliwe wydarzenia, które rozsadzają strefę komfortu tak pracowicie budowaną przez tradycyjne telewizyjne produkcje. Widz przed ekranem aż się skręca z zażenowania lub poczucia dziwności – i ogląda dalej, w rosnącym napięciu. Ale ulgi, a czasem i puenty, ani widu.
- A jeśli żarty nie będą miały puenty? – pytał w swoich wspomnieniach amerykański komik Steve Martin. – Jeśli nie dam publiczności żadnych wskazówek, stworzę napięcie, którego nigdy nie uwolnię? Co publiczność zrobi z tym napięciem? Ono będzie musiło znaleźć gdzieś swoje ujście. Z czystej desperacji ludzie będą musieli się roześmiać.
Czy zmieniająca się telewizja, dotychczas medium niezwykle skuteczne w podtrzymywaniu porządku społecznego, może ten porządek podważyć? Raczej nie. Ale jeżeli miałoby się to kiedyś zdarzyć, jest duża szansa, że będzie wyglądało bardzo nieestetycznie.
„Gazeta Wyborcza” | 13 lutego 2008
Komentarze są wyłączone
Co się robi w Naszej-klasie?
Nasza-klasa nie jest sexy jak inne strony internetowe. Po niej się nie surfuje. Człowiek siedzi i wspomina. Albo się gapi. Co z tego wynika? Nic, czyli bardzo wiele.
Słyszeliśmy ostatnio dużo o Naszej-klasie, głównie w tonie sensacyjnym. Gdyby polegać na mediach, ten poczciwy serwis może jawić się jako pułapka na naiwnych, którą powinny się zająć państwowe służby.
Kolejne osoby z milionów użytkowników Naszej-klasy – czytaliśmy w “Gazecie” – “uświadamiają sobie, jakie zagrożenie niesie beztroskie opowiadanie o swoim prywatnym życiu”. Ale wystarczy przypomnieć podobne niepokoje towarzyszące upowszechnianiu się telegrafu, później telefonu, by sceptycznie traktować takie alarmy.
Nikomu o nic nie chodzi
Być może w Naszej-klasie ktoś się pod kogoś podszywa, ktoś kogoś podgląda i na niego czyha. Jednak odsetek podszywających się, podglądających i czyhających nie wydaje się wyższy niż w “realu”. Co najmniej kilka osób dziennie otrzymuje pogróżki przez telefon, ale telefonia słusznie nie budzi medialnej ekscytacji, bo większość zastosowań telefonu jest raczej niegroźna. Dlatego zamiast pisać kronikę kryminalną Naszej-klasy, warto przyjrzeć się jej banalnej codzienności.
Jako jedno z pierwszych polskich miejsc internetowych Nasza-klasa przekracza zarówno bariery wiekowe (są na niej i kilkunastolatki, i ich rodzice, rzadziej dziadkowie), jak i różnice klasowe. Odtwarzając po latach podstawówkową listę obecności, członkowie Naszej-klasy spotykają w sieci osoby o odmiennej biografii, stylu życia, pracy, miejscu zamieszkania, wykształceniu.
Popularność portalu ściągnęła na niego gromy. Zlastrona.org przyznał mu tytuł najgorszej strony roku. Spece od sieci narzekają w blogach, że jest brzydka i niefunkcjonalna, bez wyrafinowanych aplikacji, że serwery są za wolne, właściwie nic się na niej nie da zrobić, można tylko siedzieć i się gapić na koleżankę ze szkoły w sukni ślubnej.
Rzeczywiście nie pasuje to do wizerunku internetu jako rewolucyjnego medium aktywnych konsumentów-producentów. Z bycia w internecie miało przecież coś wynikać – globalna wioska, sieciowe społeczeństwo obywatelskie, uwolniona kreatywność milionów użytkowników. A co wynika z siedzenia w Naszej-klasie? Nic.
I w tym jej siła. Tak jak do luźnej, towarzyskiej rozmowy wystarczy kilka osób, stół i krzesła (często piwo), tak i towarzyskość w Naszej-klasie obywa się bez wyrafinowanych technologii. Ta towarzyskość jest kluczowa dla jej fenomenu.
W towarzyskiej rozmowie, pisał klasyk socjologii Georg Simmel, nikomu o nic nie chodzi. Jedynym celem jest podtrzymanie rozmowy, rozmowa sama w sobie, pamięć o niej i zapewnienie sobie możliwości dalszego gadania. Takie kontakty, słowne iskanie, są najważniejsze w podtrzymywaniu relacji społecznych.
Nasza-klasa przenosi towarzyskość do sieci. Repertuar zachowań jest wąski: zaprosić do listy znajomych, zapisać się do klasy, pokazać zdjęcie, na internetowym forum wspomnieć zabawne powiedzonka polonistki, umówić się na piwo po latach.
Że nudno? Życie też jest w sumie nudne.
Internetowa nostalgia
Co napędza towarzyskość w Naszej-klasie? Wieści od dawno niewidzianych osób i plotki na ich temat: “Za to Magda jest w Madrycie/I wychodzi za Hiszpana,/Maciek w grudniu stracił życie,/Gdy chodzili po mieszkaniach” (Jacek Kaczmarski, „Nasza klasa”). Ważniejszy jest nostalgiczny nastrój: “Pierwsza saletra, asfaltu wybuchy/pierwszy szpan na zagraniczne ciuchy/pierwszy zegarek elektroniczny/pierwszy kontakt z dziewczyną fizyczny” (Sidney Polak, „Chomiczówka”).
Społeczny potencjał sieci tkwi właśnie w angażowaniu emocji i choćby chwilowych więziach opartych na wspólnocie sentymentów. Nasza-klasa tworzy doskonałe środowisko dla nostalgicznego myślenia i odczuwania, które mało ma wspólnego z odkrywaniem przeszłości. Bywa raczej utopią minionego lub mijającego „dobrego życia” pisaną z punktu widzenia nie zawsze udanej teraźniejszości.
Nostalgia, pisze Svetlana Boym, to nie tylko tęsknota za tym, co utracone, ale też romansowanie z własnymi marzeniami. Wydarzenia nabierają sensu, układają się w opowieści, zyskują na uroku. Arbitralne przyporządkowanie do klasy przez szkolną biurokrację (ty z „a”, ja z „c”) znowu staje się tożsamością – nawet jeśli to erzac zakorzenienia.
Ciekawe, że internetowej nostalgii oddają się też dwudziestolatkowie umieszczający w Naszej-klasie zdjęcia z przedwczorajszej imprezy. Można w tym dostrzec paradoksalną nostalgię za teraźniejszością, którą opisywał przenikliwy krytyk postmodernizmu Fredric Jameson. Różnica między kiedyś a teraz zaciera się; w szybkich czasach łatwo zatęsknić za szybko umykającym teraz.
W biurach, gdzie pod arkuszami kalkulacyjnymi ukrywa się okno wyszukiwarki z Naszą-klasą, w domach, gdzie Nasza-klasa staje się często pierwszym impulsem do skorzystania z internetu, ale także w knajpie za rogiem, gdzie trwa zorganizowane w sieci spotkanie po latach (lub ledwie po tygodniu), nostalgiczne ludzkie gadanie zyskuje w technologii nieoczekiwanego sprzymierzeńca.
„Gazeta Wyborcza” | 23 stycznia 2008
Komentarze są wyłączone
Od kultury nie ma ucieczki
Mateusz Halawa
Zawsze jest jakaś kultura, tak jak zawsze jest jakaś pogoda. Pisanie blogów, czytanie komiksów, chodzenie na pielgrzymki, wyprawy na koncerty Dody, inscenizowanie bitwy pod Grunwaldem, chodzenie na mecze piłki nożnej, bazylika w Licheniu – to też kultura, tyle że popularna.
Jakiś czas temu pojawił się w „Gazecie” tekst Tomasza Handzlika o (nie)uczestnictwie Polaków w kulturze oparty na wynikach badań zamówionych przez dyrektora Mazowieckiego Teatru Muzycznego “Operetka” (przeprowadził je TNS OBOP). Warto do niego wrócić, bo stawiał on bardzo ważny problem, choć w dość niefortunny sposób. Przypomnijmy. Po pierwsze, chodziło o to, że mimo deklaracji większości badanych, że „uchodzący za kulturalnego człowiek powinien bywać w galeriach sztuki, teatrach, operach, muzeach oraz kinach”, okazało się, że badani, ku zgrozie redakcji, nie bywają. Po drugie, społeczeństwo nie dość, że nie bywa, to jeszcze nie ma gustu: w ankiecie wybrało Dodę (młodsi) oraz Marylę Rodowicz i Krzysztofa Krawczyka (starsi) jako artystów sztuki wokalnej reprezentujących wysoki poziom artystyczny. I nie trafiło, bo z cytowanej wypowiedzi zleceniodawcy badania wynika, że – dość to, co prawda, nietypowe w badaniach opinii – była prawidłowa odpowiedź: Jan Kiepura.
Ciekawy był język, którym opisywano wyniki. Otóż badane sondażem „społeczeństwo” okazywało się mieć swój „honor”, którego to „honoru” „bronili” (to wszystko cytaty!) ludzie młodsi poprzez udzielanie poprawnych odpowiedzi (częściej niż inni deklarowali, że bywają w muzeum). Ogólnie rzecz biorąc, jest „katastrofalnie”: „Ponad 70 proc. dorosłych Polaków nie uczestniczy w wydarzeniach kulturalnych” – podsumowała „Gazeta”.
I tak okazało się, że Polak w kulturze nie uczestniczy. Tymczasem oczywiście uczestniczy, bo w kulturze nie uczestniczyć się nie da; zawsze jest jakaś kultura, tak jak zawsze jest jakaś pogoda. Pisanie blogów, czytanie komiksów, chodzenie na pielgrzymki, zamieszczanie filmów na YouTube, wyprawy na koncerty Dody, urządzanie mieszkania, oglądanie telewizji, inscenizowanie bitwy pod Grunwaldem, chodzenie na mecze piłki nożnej, robienie zakupów, zakładanie fanklubu ulubionej marki samochodu, ubieranie się, hiphopowe bitwy na rymy, bazylika w Licheniu – to też kultura, tyle że popularna.
„Gazecie” chodziło o kulturę wysoką, czyli sztukę. Nasze z nią trudności są faktem, ale rytualne załamywanie rąk nad tym, że „Polacy nie uczestniczą w kulturze”, raczej utrudnia zmierzenie się z tym problemem. Lepiej przypomnieć „Przeciw poetom”, szkic Gombrowicza opublikowany po raz pierwszy w paryskiej „Kulturze” w 1951 roku. Zaczyna się on tak (i jest to zastrzeżenie, które powinien zrobić każdy, wkraczając na grząski grunt dyskusji o kulturze): „Byłoby subtelniej z mej strony, gdybym nie zakłócał jednego z nielicznych nabożeństw, jakie nam jeszcze pozostały”.
Dlaczego zachwyca?
Gombrowiczowi jednak subtelności nie w głowie i już za chwilę stawia tezę: „Nikt prawie nie lubi poetów i poezji, świat poezji wierszowanej jest światem fikcyjnym oraz zafałszowanym”. Mam wrażenie, że gdyby zamiast poezji wstawić tu, ogólniej, kulturę wysoką, i całe stwierdzenie dodać do kwestionariusza w sondażu, większość Polaków podpisałaby się pod takim zdaniem.
„Przeciw poetom” czyta się miejscami jak pracę francuskiego socjologa kultury Pierre’a Bourdieu, napisaną 30 lat później: „Czy myślicie, że gdyby nas w szkole nie zmuszano do zachwycania się sztuką, mielibyśmy dla niej, w późniejszym wieku, tyle gotowego już zachwytu? Czy sądzicie, że gdyby cała nasza organizacja kulturalna nie narzucała nam sztuki – my byśmy się nią tak interesowali? Czy to nie nasza potrzeba mitu, uwielbienia wyżywa się w tym podziwie naszym – i czy uwielbiając wyższych, sami się nie wywyższamy? Ale przede wszystkim, czy te uczucia podziwu, zachwytu rodzą się z nas , czy między nami ? Jeśli na koncercie rozlega się burza oklasków, to wcale nie znaczy, aby każdy z tych oklaskujących był zachwycony. Jeden nieśmiały oklask powoduje drugi – wzajemnie się one podniecają – i w końcu wytwarza się taka sytuacja, iż każdy musi przystosować się wewnętrznie do tego zbiorowego szału”.
Społeczne uwarunkowania zachwytu sztuką, ta dziwna czynność klaskania, która tak fascynowała Gombrowicza, socjologa sztuki, są tu niemal analogiczne do formułowanych w zupełnie innym języku tez francuskiego socjologa. Pisał on, że do nawiązania znaczącego kontaktu ze sztuką potrzebny jest „kapitał symboliczny”, zasób kompetencji związanych z usytuowaniem w społeczeństwie i szansami edukacyjnymi. Ani „dobry gust”, ani zdolność do „zachwytu pięknem” nie biorą się znikąd – częściej je dziedziczymy lub w bólach zdobywamy.
Pisał też o kulturze jako polu rywalizacji o władzę i status społeczny, w którym wszystko służy odtwarzaniu i uprawomocnianiu różnic między warstwami społecznymi. „Uwielbiając wyższych, sami się wywyższamy” – pisał Gombrowicz. „Gust klasyfikuje, klasyfikując osobę klasyfikującą: podmioty społeczne różnią się przez rozróżnienia, jakich dokonują pomiędzy pięknem a brzydotą, dystynkcją a pospolitością” – pisał Bourdieu.
Wstać z kolan
Publikowany przez „Gazetę” sondaż, w którym mniej osób chodzi do muzeum niż na koncert Dody, pokazuje istnienie struktury społecznej. Niezbyt to nowa informacja dla osoby z minimalną wyobraźnią socjologiczną, ale jednak wiele polskich dyskusji o kulturze wysokiej wydaje się wciąż ten temat omijać. Tymczasem jeżeli chcielibyśmy odejść od rytualnych i protekcjonalnych narzekań, że „lud” nie rozumie, nie potrzebuje i lekceważy, i poważnie zastanowić się nad prowadzeniem racjonalnej polityki kulturalnej, warto zacząć od podstaw i przyjrzeć się instytucjom powołanym przez państwo do upowszechniania kultury, w tym szkolnictwu. Instytucje te mimo że, najkrócej mówiąc, powołane są po to, by wyrównywać szanse w dostępie do kultury wysokiej, często przypominają raczej Gombrowiczowskiego Poetę, który „nie tylko głosi Poezję, ale i zachwyca się Poezją; będąc Poetą, wielbi wielkość Poety; nie tylko wymaga, aby inni padali przed nim na kolana, lecz sam przed sobą pada na kolana”. Cechuje go też „bezsilność wobec rzeczywistości”.
A rzeczywistość jest taka, że operę rozumieją w przeważającej większości tylko ci, których rodzice też rozumieją operę, i szkoła im w tym ani nie pomaga, ani nie przeszkadza. Większość badanych, która nie chodzi do muzeów, wie, że „człowiek kulturalny” chodzi do muzeów, ale lata kontaktu z polskim systemem edukacji nie uczą, co kulturalny człowiek w muzeum może robić, jak już do niego przyjdzie, i w jaki sposób kontakt z kulturą może być znaczący i wartościowy.
Istnieją dwa rodzaje humanizmu – powiada Gombrowicz. „Jeden, który moglibyśmy nazwać religijnym, usiłuje rzucić człowieka na kolana przed dziełem kultury ludzkiej, zmusza nas, abyśmy wielbili i szanowali, na przykład Muzykę albo Poezję, albo Państwo, albo Prawo, ale drugi, bardziej krnąbrny prąd ducha naszego, stara się właśnie o przywrócenie człowiekowi jego suwerenności i niezależności w stosunku do tych Bogów i Muz, które, ostatecznie, są jego, człowieka, tworem”.
Próba promowania kultury wysokiej w duchu humanizmu pierwszego rodzaju nie powiodła się. Może czas spróbować przyjrzeć się drugiemu? Nie da się zachęcić ludzi do kultury wysokiej, rzucając ich przed nią na kolana.
“Gazeta Wyborcza” | 27 sierpnia 2007
Komentarze są wyłączone
iPod: prywatność na wynos
Mirosław Filiciak, Mateusz Halawa
Na świecie sprzedano już sto milionów iPodów. Jak gadżety ze słuchawkami zmieniają naszą codzienność?
W 1924 roku Józef Piłsudski w warszawskiej firmie Rudzki nagrał wypowiedź, która przetrwała do dziś. „Stoję przed jakąś dziwaczną trąbą – mówił marszałek – i myślę, że głos mój ma się oddzielić ode mnie i pójść gdzieś w świat beze mnie, jego właściciela. Zabawne pomysły mają ludzie! Doprawdy, trudno się nie śmiać z tej dziwnej sytuacji, w której nagle głos pana Piłsudskiego się znajdzie. Wyobrażam sobie tę zabawną chwilę, gdy jakiś ananas korbą nakręci, śrubkę naciśnie – i jakaś trąba, zamiast mnie gadać zacznie. (…) Pusty śmiech mnie bierze, że ten biedny mój głos, ode mnie oddzielony, przestał nagle być moją własnością i należy już, nie wiem, do kogo, nie wiem, do czego: do trąby czy do jakiegoś akcyjnego towarzystwa. Najzabawniejsza jest jednak myśl, że kiedy mnie już nie będzie, głos pana Piłsudskiego sprzedawanym będzie za trzy grosze gdzieś na jarmarkach, prawie na funty, jak pierniki”.
Dziś już nikt tak malowniczo nie dziwi się technologii odtwarzania dźwięku. A szkoda, bo dźwiękowa rewolucja trwa, a w jej awangardzie idą produkowane przez firmę Apple iPody z charakterystycznymi białymi słuchawkami.
Pokaż mi swoją playlistę, a powiem ci, kim jesteś
W 2005 roku światowe media informowały o zawartości „Pierwszego iPoda” , jak nazwano odtwarzacz podarowany George’owi W. Bushowi przez jego córki. Dziennikarze wnikliwie badali słowa najczęściej słuchanych przez Busha piosenek Erica Claptona, Roberta Palmera czy Bryana Adamsa . Dziś wiemy też, co ma na swoim iPodzie Benedykt XVI – Beethovena, Mozarta, Chopina, Czajkowskiego, Strawińskiego oraz podcasty Radia Watykańskiego.
Te medialne doniesienia pokazują, w jaki sposób kultura iPodów na bezprecedensową skalę wiąże tożsamość swoich uczestników z muzyką. Dostępność nieograniczonej liczby utworów muzycznych dowolnego gatunku i prostota obsługi odtwarzacza sprawia, że na coraz większą skalę muzyczna oferta może być „szyta na miarę”, pod nasze gusta.
Dziś dzięki cyfrowym formatom kompresji dźwięku na jednej płycie możemy nagrać setkę albumów. Lub raczej – kilkaset piosenek, bo iPod zmienił też sposób słuchania muzyki. Kiedy całą płytotekę możemy zmieścić w kieszeni, a dotarcie do dowolnego utworu wymaga co najwyżej trzech kliknięć, coraz mniej osób chce słuchać całych albumów, zawierających także słabsze utwory.
W USA branża muzyczna obserwuje rosnącą popularność kupowanych lub wymienianych w internecie pojedynczych utworów. A przecież już niedługo najbardziej pożądana grupa klientów – młodzież – będzie się rekrutować z przedstawicieli pokolenia, które słucha iPoda od najmłodszych lat. Łatwo przewidzieć, że będą chcieli słuchać wyłącznie muzyki, na którą mają ochotę – bez płacenia za wypełniacze. Miarodajna lista przebojów powinna brać dziś pod uwagę nie tyle liczbę kupionych płyt, co liczbę ściągniętych plików.
Przenośna intymność
W „Nożu w wodzie” Polańskiego jest scena, w której podczas burzy trójka bohaterów – dziennikarz z żoną i zabrany na pokład łodzi chłopak – chowa się pod pokładem. Piją alkohol, grają w bierki i słuchają radia, w którym transmitowany jest mecz bokserski. W pewnym momencie autostopowicz prosi kobietę o zaśpiewanie piosenki, na co poirytowany mąż wkłada słuchawkę do ucha. Nagle w kabinie są już tylko dwie osoby – atrakcyjna mężatka i okazujący jej zainteresowanie chłopak. Mąż za pomocą słuchawek próbuje się odciąć od niekomfortowej sytuacji, w której się znalazł, i w ten sposób uzyskać jakąś kontrolę.
Tak właśnie działają przenośne odtwarzacze. Michael Bull, badacz z uniwersytetu w Sussex, przygotowując książkę o użytkownikach iPodów, zwrócił uwagę, że technologia ta służy im do uzyskiwania kontroli nad tym, czego nie kontrolują: przypadkowością, anonimowością i poczuciem wyobcowania we współczesnych wielkich miastach. Virginia Woolf w swoim „Dzienniku” przyrównywała kupno gramofonu do otwarcia nowego okna w domu – sfera prywatna otwierała się na publiczną. Wyjście w miasto z iPodem to możliwość uczynienia sfery publicznej – prywatną, intymną, domową, moją. – Użytkownicy iPodów słuchają zgromadzonej w nich muzyki w domu, a gdy z niego wychodzą mają już na uszach słuchawki, często z tą samą piosenką – mówi Michael Bull. – Granice między sferami życia ulegają zatarciu .
IPod tworzy wokół swojego użytkownika bańkę prywatności – w autobusie, w pracy, przejściu podziemnym. By zrozumieć jego działanie – najlepiej na jakiś czas go wyłączyć. Tak zrobiło kilkanaścioro studentów i studentek warszawskiej Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, którzy w ramach zajęć z badania kultury popularnej na dobę eksperymentalnie odcięli się od mediów, w tym – przenośnej muzyki. Czuli się nieswojo i obco, zdarzało im się nudzić w miejscach, w których nigdy się nie nudzili, i zwracać uwagę na rzeczy, których wcześniej nie widzieli. Jedna ze studentek: – Jak jedziesz tramwajem i słuchasz muzyki, to masz jakiś większy kontakt ze sobą, a nie z otoczeniem. Gdy jechałam bez iPoda, musiałam słuchać tego, co się tam dzieje. Ludzie sapią, stękają, są za blisko mnie. Jak słucham muzyki, to oni się oddalają, odcinam się od nich. Albo Dworzec Centralny: tam jest obrzydliwie i śmierdzi. A z iPodem to jakby mniej czuję.
To istota tego gadżetu: służy on do kontrolowania i regulowania relacji z innymi. Pozwala panować nad przestrzenią, którą dzielimy z pozostałymi ludźmi. To też technologia idealna dla narcystycznej i indywidualistycznej współczesnej kultury: niezależnie od miejsca, to moje doświadczenie jest ważne, ja mam kontrolę, ja jestem didżejem. Iść przez miasto z muzyką w uszach, to jak być bohaterem własnego filmu – z samodzielnie dobraną ścieżką dźwiękową.
Uczestniczka eksperymentu: – Mam taki „syndrom głównej bohaterki”. Gdy mam słuchawki w uszach, wszystko dookoła jest dla mnie, czeka właśnie na mnie.
Michael Bull: – Używanie iPoda to doświadczanie jednego rytmu w otoczeniu wielu rytmów. Użytkownicy kasetowych walkmanów mówili, że gdy kończy się taśma, nagle wszystko się zmienia. A iPod gra, dopóki go nie wyłączymy.
Z indywidualnym zestawem utworów i słuchawkami w uszach iPod jest technologią intymną. Jego użytkownicy opowiadają o swoich playlistach na różne okazje, o piosenkach, które pomagają przywołać pożądany nastrój lub o dostrajaniu muzyki do siebie. – Poranny tramwaj to energiczna i optymistyczna muzyka – mówi użytkowniczka. – Ale jak jestem smutna, to słucham smutnej. iPod jest częścią mnie, nigdy nie robi mi wbrew.
Elektroniczna biżuteria
Rynkowy sukces iPodów leży właśnie w takim zamyśle producenta. Stworzyć technologię, która będzie tak prosta w obsłudze, że wręcz intuicyjna; minikomputer, który nigdy nie działa wbrew użytkownikowi. Steven Levy w książce o sukcesie iPodów opisuje projektowanie gadżetu jako walkę z przyciskami – im mniej tym lepiej. iPoda obsługuje się, nie tyle naciskając przyciski, co dotykając go w odpowiedni sposób, na przykład wykonując kolisty ruch palcem, by zwiększyć głośność. To doświadczenie tak naturalne jak przerzucanie kartek w książce. – Przed iPodem muzyka była uwięziona w maszynach i jej wydobycie było trudne albo niewygodne, nawet w dobie komputerów. Jeżeli muzyka w formie plików jest dzisiaj tak popularna, to właśnie dzięki łatwości obsługi iPodów – mówi Bull. iPod jest technologią oswojoną, w namacalny sposób bliską użytkownikowi. W dodatku sprzęt jest po prostu ładny – to istotne w czasach, kiedy większość słuchanej muzyki to pliki ściągane z internetu, a nie płyty wyciągane z okładek. iPod stał się stylowym opakowaniem na muzykę i wielu jego użytkowników eksponuje go jak biżuterię.
To biżuteria na miarę naszych czasów: nie tylko dobrze wygląda, ale mieści muzykę, filmy wideo i zdjęcia. Oprócz połączenia w jedno różnych mediów iPody dały też użytkownikom medium całkiem nowe – amatorskie podcasty, dostępne w sieci „audycje”, które podobnie jak internetowe „programy telewizyjne” zacierają różnicę między użytkownikami i twórcami mediów. Kultura iPodów i podcastów to wyzwanie dla radia – wyposażony w dostęp do sieci użytkownik może stworzyć sobie własną stację radiową z pożądaną proporcją informacji do muzyki. iPody ukradły radiu nawet specyficzną dla niego magię: że nie wiadomo, co wydarzy się za chwilę. Funkcja „shuffle” dobiera zgromadzone w pamięci odtwarzacza pliki losowo – mamy i niespodziankę, i pewność, że nie usłyszymy piosenki, której nie lubimy.
Po dobie bez komórek, internetu, telewizorów i przenośnych odtwarzaczy mp3, uczestnicy studenckiego eksperymentu wstukali piny, zalogowali się i włożyli słuchawki do uszu – i znowu wszystko było jak zwykle.
Ciekawe, co by powiedział Piłsudski, gdyby dać mu iPoda.
„Gazeta Wyborcza” | 30 maja 2007
Komentarze są wyłączone
e-współczucie
Paula Bialski, Mateusz Halawa
Masakra w kampusie Virginia Tech pokazała, jak z wymiany informacji w internecie rodzi się wspólnota emocji, wobec której tradycyjne media wydają się bezradne
Po strzelaninie w kampusie szkoły Virginia Tech w Blacksburgu miliony Amerykanów zamiast sięgnąć po telewizyjnego pilota, zaczęły szukać informacji w internecie. O dramatycznych wydarzeniach mówili tam sami ich uczestnicy, a dziennikarze relacjonowali ich relacje dostępne w sieci.
Dla reporterów opisujących wydarzenia w Virginia Tech znalezienie się na miejscu zdarzenia było tak samo ważne jak wejście do internetu. Otoczona żółtą policyjną taśmą przestrzeń, w której rozegrała się tragedia, miała odpowiednik w cyberprzestrzeni – bo również tam toczyło się codzienne życie kampusu. Studenci masowo porozumiewali się za pomocą internetowych komunikatorów, blogów i serwisów społecznościowych, takich jak Facebook.com (w grupie Virginia Tech jest 39 tysięcy profili użytkowników) czy MySpace.com.
Zabójca Cho Seung Hui nie miał w nim swojego profilu. Magazyn Slate.com zauważył, że to tylko potwierdza jego status „wyrzutka”. Bo w Virginia Tech, podobnie jak na innych amerykańskich uczelniach, internet nie jest przestrzenią dla anonimowych, wulgarnych, agresywnych wpisów – jego użytkownicy pokazują na zdjęciach siebie innym i rozmawiają ze sobą; to rodzaj kafeterii w kampusie, tyle że w sieci. Dla nich nie być online, to stawiać się poza społecznością.
Po masakrze uwagę szerokiej publiczności z całych Stanów przyciągnęły internetowe „miejsca” służące do osobistej komunikacji między wąską grupą osób, jak blog jednego ze studentów Bryce’a. „Moi przyjaciele mogli zginąć, wciąż płaczę” – pisał Bryce obok precyzyjnie zbieranych faktów i filmu nakręconego z okna. Bryce łączy role: jest dziennikarzem, któremu wolno płakać, i zszokowanym naocznym świadkiem, który umie zdobyć się na dystans. Nie ma co się dziwić, że chwilę później pod tekstem pojawia się komentarz: „Tu Falice Chin z telewizji CBC. Szukamy świadków w tej chwili, zadzwoń pilnie, dzięki!”. Gdzie indziej do internautów zgłaszają się „Boston Herald”, AP, MTV i „Los Angeles Times”.
Te „stare” media spotykają się z chłodnym przyjęciem: „Pozwól nam wykorzystać twój żal, pilnie, dzięki!” – ironizuje ktoś. Pojawienie się telewizyjnych researcherów zaburza emocjonalny kontakt twórcy blogu i jego czytelników; wszak siła relacji Bryce’a tkwi w zatarciu granicy między uczestnikiem wydarzeń a obserwatorami. Komentarz na blogu Bryce’a: „Trafiłam tu, bo szukałam czegoś, co mniej przypomina wiadomości, chciałam prawdziwych faktów, które media mogłyby przekręcić”. To charakterystyczne: blog zostaje tu uznany nie za opis rzeczywistości („wiadomości”), lecz za samą rzeczywistość.
Nie wystarczy jednak przeczytać, trzeba zobaczyć. „Muzeum pamięci jest dziś głównie zbiorem doznańła Susan Sontag. Jeden z pierwszych obrazów wydarzeń w Virginia Tech to niewyraźny film, na którym słychać strzały. Nakręcił go telefonem komórkowym i wysłał do CNN jeden ze studentów Jamal Albarghouti. Ponieważ nawet tak sprawne medium jak CNN nie jest w stanie szybko być na miejscu, Albarghouti z widza staje się korespondentem. wizualnych” – pisa
W tym samym czasie użytkownicy Wikipedii, internetowej encyklopedii, już dyskutują treść hasła „Virginia Tech massacre”. Zasób wiedzy na temat wydarzenia jest współtworzony przez samozwańcze grupy internautów, którzy podważają tradycyjną rolę medialnych ekspertów. Dan Gillmor na blogu Center for Citizen Media pisze, że „pierwszy szkic” historii coraz częściej piszą dziś w sieci uczestnicy wydarzeń, a nie dziennikarze. Gdyby zabójstwo Kennedy’ego zdarzyło się kilkadziesiąt lat później, „byłoby zarejestrowane przez tysiące osób z kamerami wysokiej rozdzielczości, które podłączono by do cyfrowych sieci o dużej przepustowości. Pasażerowie samolotów porwanych 11 września 2001 r. dzwonili z komórek do ukochanych i kolegów z pracy. Co by było, gdyby mogli wysyłać światu zdjęcia tego, co się dzieje, w środku tych skazanych na zniszczenie samolotów?”.
Dwa dni po tragedii w Virginia Tech kultura popularna i cyfrowe technologie okazują się jeszcze mocniej splecione z wydarzeniami w Blacksburgu. Okazuje się, że zabójca bezpośrednio przed masakrą nakręcił i zmontował film, uzupełnił tekstem i zdjęciami, nagrał na płytę DVD i wysłał do telewizji NBC. Ta przekazała płytę policji, ale też pokazała fragmenty tego (jak go nazwano) „multimedialnego manifestu”. Autoportrety Cho wraz z jego wypowiedziami obiegły świat. Niektórzy komentatorzy mówili o zbieżności wizerunków zabójcy z kadrami z koreańskiego filmu „Oldboy”. Wielu widzów, w tym rodziny ofiar, zaprotestowało. – Pokazywanie tego to jakby dalszy ciąg jego ataku na nas – mówił ojciec jednej z ofiar. Swoją kontrowersyjną decyzję telewizja tłumaczyła nie tylko na antenie, ale też w internetowym wideoblogu. „Nie chcieliśmy tej roli, ale to do nas przyszła ta przesyłka” – mówił Brian Williams z NBC.
Do niedawna wizerunek przestępców był kontrolowany przez władze – to one udostępniały mediom (lub nie) skonfiskowane zdjęcia i ujęcia wykonane do policyjnych kartotek, które pokazują sprawcę pojmanego, pod kontrolą i z nadanym mu numerem ewidencyjnym. Teraz to zabójca wysyła do mediów gotowy pakiet obrazów tak znaczących, że nie można ich nie wyemitować. Jednak nieuchronnie prowadzi to do skandalu, bo potępiając Cho Seung Hui, media utrwalają i wzmacniają wizerunek, który on sam zaprojektował. Stając po stronie ofiar, media są zmuszone mówić o tragedii obrazami podsuniętymi przez sprawcę.
Tragedia w Virginia Tech pokazuje przemianę w sposobie z korzystania z mediów – nie tak łatwo już oddzielić nadawcę od odbiorcy, dziennikarza od czytelnika, bohatera reportażu od jego autora. Role te mieszają się w społecznych sieciach wymiany informacji, blogach i komentarzach użytkowników.
Przynależność do sieciowej wspólnoty emocji, która wytworzyła się wokół tragedii Virginia Tech, to nie tylko wynik wstrząsu wywołanego dramatycznym wydarzeniem, ale też efekt wcześniejszego zaangażowania w inne internetowe zbiorowości, które okazują się częścią tej samej sieci. Na Facebook.com profile zabitych zamieniają się w interaktywne epitafia, stając się węzłami rozległej sieci współczucia i wsparcia.
„Gazeta Wyborcza” | 26 kwietnia 2007
Komentarze są wyłączone
Polaków portret sztuczny
Mateusz Halawa
Co tydzień w pierwszym programie Telewizji Polskiej możemy – my, Polacy, zwykli ludzie – obejrzeć się w telewizji. A to za sprawą publicystycznego programu pod tytułem „Polacy“. Ten prowadzony przez Macieja Pawlickiego program jest znakomitą ilustracją wpisanej w logikę działania mediów tendencji do mówienia nie tylko o „wszystkich“, ale i w imieniu „wszystkich“. Krytyczny dystans do tego rodzaju przedsięwzięć powinien być podstawową cechą uważnego telewidza.
Z materiałów promocyjnych TVP: „to niezwykły program, w którym najważniejszym uczestnikiem jest 30 starannie dobranych osób, których poglądy w sposób wyrazisty reprezentują opinie 30 mln dorosłych Polaków. Grupa ta została wyselekcjonowane przy pomocy socjologów i odzwierciedla skład polskiego społeczeństwa pod względem wieku, płci, miejsca zamieszkania, zamożności, światopoglądu itp.“ Ostatnie tematy rozmów: walka z pedofilią, spór o dopuszczalność aborcji, eutanazja, popularność magii i czarów.
Przyjrzyjmy się (nie bez sceptycyzmu) temu ambitnemu przedsięwzięciu – oto telewizja publiczna, dbając o obiektywizm, naukowymi metodami (socjolodzy!) wyselekcjonowała reprezentatywną próbę Polaków i dała im głos. Dzięki temu – wreszcie, jak podkreślają twórcy programu – możemy słuchać prawdziwego głosu prawdziwej opinii publicznej; w telewizyjnym studiu zasiadło społeczeństwo.
Pomysł „Polaków“ przedstawiany jest przez TVP jako rewolucyjny i na wskroś demokratyczny – oto program, w którym (czytamy w materiałach promocyjnych) „telewizja publiczna odwraca kamery i mikrofony i oddaje głos ludziom. W tym programie Polacy zamiast tylko słuchać – mówią“. To bardzo charakterystyczne założenie, jakie czynią „Polacy“: w tym programie nie mówi nikt inny, niż my. Jest to właściwie program, który nie ma widzów w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, bo skoro jego bohaterowie mówią w imieniu Polaków, to każdy słuchacz jest tu mówcą.
Maciej Pawlicki, który „Polaków“ produkuje i prowadzi, mówił w „Gościu Niedzielnym“ o tym, że jest to program, który udziela głosu tym, którzy dotychczas milczeli. „W większości programów publicystycznych naszą rzeczywistość komentują w kółko te same osoby. Ich sądy niekoniecznie są wyrazem opinii społeczeństwa. My postanowiliśmy oddać głos zwykłym ludziom. U nas wypowiedzieć się może zarówno prawnik, jak i fryzjer“. „Tu Polacy naprawdę mają głos“ – słyszymy na początku programu.
Zmiany w publicystyce telewizji publicznej prezesa Bronisława Wildsteina („Polacy“ datują się właśnie od jego prezesury) były w dużej mierze tłumaczone koniecznością odzyskania dyskursu publicznego zawłaszczonego przez elity niemające nic wspólnego z wartościami ogółu Polaków. Mówiono o tym, że trzeba na nowo ukształtować sferę publiczną tak, by dotąd niewyrażane konserwatywne poglądy mogły zostać wyartykułowane. W przypadku „Polaków“ proces ten polega jednak nie na wymianie autorytetów, lecz na wprowadzeniu na ekran „zwykłych ludzi“ po to, by mówili sami za siebie. W „Polakach“ „debata – zachwala program TVP – nie ogranicza się do udziału elit, lecz przekłada ich język na zrozumiały dla zwykłego widza język codzienności“.
Ambitny plan „Polaków“ – mówią Polacy o ważnych dla nich sprawach w „programie publicystycznym, który dotyczy każdego“ – jeżeli potraktować go ze śmiertelną powagą, jaką prezentują jego twórcy, i doprowadzić jego założenia do logicznego ekstremum, prowadzi oczywiście do paradoksu. Skoro bowiem mówią tu zwykli ludzie o problemach zwykłych ludzi (więcej: każdego Polaka) – dlaczego „Polaków“ nie oglądają wszyscy? Populacja nieoglądających, której istnienie w przypadku każdego innego programu można wytłumaczyć odmiennością zainteresowań czy specyfiką grupy docelowej, w przypadku „Polaków“ podważa ideologię programu. Każdy Polak nieoglądający „Polaków“ jest bowiem potencjalnym dowodem, że nie wszyscy widzowie są w „Polakach“ reprezentowani i nie każdego widza sprawy telewizyjnych „Polaków“ zajmują. Słabe wyniki oglądalności byłyby wotum nieufności społeczeństwa wobec takiej jego medialnej reprezentacji. Tak oczywiście nie jest, ale osobliwy pomysł na program „Polacy“ zachęca do głębszego przyjrzenia się mechanizmowi tworzenia telewizyjnych autoportretów.
Skąd właściwie wiemy, że żyjemy w społeczeństwie? Anna Giza-Poleszczuk z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego: - Ponieważ nie znam „społeczeństwa” z własnego doświadczenia – bo to aż 40 milionów ludzi, a poza tym byt abstrakcyjny (istnieją ludzie, a nie społeczeństwo) – mogę się o nim dowiedzieć jedynie z informacji i diagnoz dostępnych publicznie, szczególnie formułowanych przez ekspertów. Czyli z mediów. To elity symboliczne i media budują obraz „polskiego społeczeństwa”.
Nie mogąc społeczeństwa ani w całości zobaczyć, ani usłyszeć, jesteśmy zdani na bezustanne posługiwanie się pojęciem, które powstaje w toku medialnej obróbki wybranych zdarzeń. „Społeczeństwo“ („opinia publiczna“) pytane jest o zdanie na temat wybranych kwestii, a później te „społeczne“ wypowiedzi analizowane są przez socjologów – speców od społeczeństwa. Całość ilustrowana jest wypowiedziami „zwykłych ludzi“.
„Zwykli ludzie“ to ulubiona telewizyjna formuła mówienia o świecie społecznym: w telewizyjnych programach informacyjnych informację o cięciach budżetowych lub proteście górników zazwyczaj ilustruje kilkusekundowa wypowiedź z sondy ulicznej. Bohater lub bohaterka – wyselekcjonowani przez dziennikarza, często niepodpisani imieniem ani nazwiskiem – choć mówią tylko w swoim imieniu, zostają przedstawieni jako vox populi, często głos „zdrowego rozsądku“. Problem w tym, że tak jak nie ma jednego zdrowego rozsądku, tak samo jak telewizyjne konstrukcje „zwykłych ludzi“ różnią się z programu na program, w zależności od tego, o czym telewizja chce mówić i w jaki sposób może się jej do tego przydać figura „zwykłego człowieka“.
„Zwykli ludzie“, których widzimy w „Polakach“, są bardziej konserwatywni obyczajowo niż „zwykli ludzie“, których mogliśmy oglądać w „Big Brotherze“. Ci pierwsi żyją polityką, ci drudzy – mogli się bez niej w życiu obejść. Sens obu programów telewizje objaśniały podobnie: pokażemy wam zwykłych Polaków. A rezultaty wyraźnie odmienne. „Społeczeństwo“ o którym mówi się w „Tok2Szoku“ Najsztuba i Żakowskiego ma się nijak do „społeczeństwa“, na które powołuje się Pospieszalski w „Warto rozmawiać“. Telewizja, gdy już skonstruuje nasz portret, natychmiast go instrumentalizuje.
Kategorie takie jak „społeczeństwo”, które wydają się istnieć niezależnie od telewizji, w jasny sposób okazują się wpisane w logikę działania mediów. W przypadku „Polaków“ ciekawa musiała być procedura castingu na Polaka lub Polkę – z jednej strony chodzi o zmieszczenie się w ramach narzuconych przez statystykę, z drugiej – jednak o obycie z kamerą i błyskotliwość. „Są bardzo zdyscyplinowani. Wiedzą już, w których momentach mają być cicho, kiedy bić brawo i że trzeba wstać, gdy chce się coś powiedzieć. Nie peszy ich kamera, w studiu telewizyjnym czują się jak w domu” – opisywał uczestników „Gość Niedzielny”. „Zwykli Polacy“ z „Polaków“ nieprzeciętnie dobrze radzą sobie z publicznymi wystąpieniami i są niezwykle zaangażowani w politykę. Nigdy nie zakreśliliby w sondażu odpowiedzi „nie mam zdania“, jak robi to wielu z tych, w imieniu których mówią.
„Polacy“, ze swoją podniosłą czołówką, w której słyszymy poloneza i widzimy godło, mają jeszcze inny wymiar. Wszak telewizja pokazując nam zbiorowość, w której żyjemy, często nie mówi o niej jako o społeczeństwie, lecz jako o narodzie. Amerykański historyk Benedict Anderson opisywał naród jako „wspólnotę wyobrażoną“, istniejącą w naszych umysłach jako ważny punkt odniesienia właśnie dzięki mediom. Dla Andersona znaczące dla ugruntowania nowoczesnego rozumienia narodu było powstanie gazet. Czytanie gazety jest według niego ceremonią, której uczestnik „zdaje sobie sprawę, że odprawiana jest ona jednocześnie przez tysiące (lub miliony) innych osób, o których istnieniu nie wątpi, ale o tożsamości których nie ma najmniejszego pojęcia. Czy można podać przykład jakiejś innej, bardziej żywej, laickiej, umiejscowionej w czasie historycznym wspólnoty wyobrażonej? Czytelnik, stwierdzając naocznie, że jego sąsiad w metrze, u fryzjera, w poczekalni u dentysty czyta identyczne egzemplarze gazety, upewnia się zarazem, że świat wyobrażony ma swe ewidentne zakorzenienie w życiu codziennym“. Podobnie jest z telewizją dostarczającą nam opisów tego, jacy jesteśmy, i czego chcemy.
Jakie to wszystko ma znaczenie? Po pierwsze, umieszczając nas w ramach wspólnot, o których opowiada, telewizja buduje nasze poczucie przynależności i identyfikacji ze „społeczeństwem“ czy „narodem“ (telewizja często używa słówka „my” i między innymi dzięki niej „my” wiemy, kim jesteśmy). Po drugie, dostajemy konkretną wiedzę nie tylko o sobie, ale i o innych. Zbiorowe autoportrety serwowane nam przez telewizję (a mogą to być „Fakty“, „Polacy“, ale i „M jak miłość“) stają się dla nas kontekstem za każdym razem, gdy zastanawiamy się, jak się zachować. Giza-Poleszczuk: - Życie w “społeczeństwie” wymaga zdolności brania pod uwagę – przewidywania, zakładania, tego, co myślą i sądzą inni ludzie. Jeśli na przykład „wiem”, ze „polskie społeczeństwo” narzeka – to również zakładam, ze chcąc nawiązać z kimś kontakt (relacje), najlepiej zacząć od narzekania („To okropne, co się wyprawia”). Jeśli wiem, ze „społeczeństwo” nie ufa ludziom i jest zawistne, to nie będę się wygłupiała z jakąś inicjatywa obywatelska. Wiedza o postawach i poglądach innych jest nie tylko warunkiem planowania własnych działań, ale również decyduje o wyborze strategii.
A skoro zachowujemy się tak, jak rozumiemy otaczający nas świat, warto zasiąść przed telewizorem pokazującym „społeczeństwo”, „naród” i „zwykłych ludzi” i przyglądać się tym portretom uważnie, ale i krytycznie.
„Polityka” | nr 17 | 24 kwietnia 2007
Komentarze są wyłączone
Uzbrojeni w komórki: fotografia i przemoc
Mateusz Halawa
Nowe francuskie prawo pozwala karać więzieniem za amatorskie filmowanie i rozpowszechnianie scen przemocy. Bo kamera coraz częściej staje się bronią.
Po skandalu wywołanym ujawnieniem zdjęć maltretowania więźniów w Abu Ghraib Susan Sontag – autorka znakomitej książki „O fotografii” – pisała, że w czasach upowszechniania się cyfrowych gadżetów zdjęcia (i amatorskie filmy) przestają być jedynie pamiątkami do przechowywania, a zaczynają być nośnikami informacji. Trudno już mówić o „fotoamatorach”. Osoba z dostępem do internetu i cyfrowym aparatem w komórce może już nie tylko zapamiętywać wydarzenia, ale publikować je w sieci. Rodzi to nowe problemy: kogo nagrywamy lub fotografujemy? Dlaczego i w jakim celu? Czy wolno nam to robić?
Oto koledzy z klasy molestują czternastolatkę, zdarzenie nagrywają telefonem komórkowym (Gdańsk). Zdjęcia rozebranej gimnazjalistki pojawiają się w internecie, a wkrótce na słupach ogłoszeniowych dookoła szkoły (Chełmża). Internetowy link do amatorskiego filmu ze scenami erotycznymi z udziałem czternastolatki rozchodzi się między szkolnymi kolegami, dziewczyna jest upokarzana (Wrocław). W supermarkecie Tesco ochroniarze filmują z ukrycia kobiety w przebieralniach i umieszczają filmy w internecie (Gorzów Wielkopolski – w ostatni piątek zatrzymano jednego z podejrzanych).
To już nie odległe historie o gwiazdach prześladowanych przez paparazzich – te relacje dotyczą naszego życia codziennego. Ponad połowa polskich nastolatków i nastolatek zbadanych niedawno na zlecenie fundacji Dzieci Niczyje choć raz była fotografowana lub filmowana wbrew swojej woli. Od początku marca we Francji jako pierwszym kraju na świecie grozi kara trzech lat więzienia i 75 tys. euro grzywny za amatorskie filmowanie i rozpowszechnianie scen przemocy.
Francuski filozof Michel Foucault opisywał panoptikon – projekt więzienia, w którym osadzeni żyją świadomi tego, że mogą być nieustannie obserwowani. Skuteczność panoptikonu opierała się na odkryciu, że w spojrzeniu jest władza. Dlatego fotografowanie i filmowanie, pozornie niewinne, wiąże się z władzą – tego, który fotografuje, nad tym, który jest fotografowany.
Pamiętamy zdjęcia martwego Nicolae Ceaucescu powtarzane przez telewizje na całym świecie – reporterskie zaświadczenie o wydarzeniu było aktem odebrania władzy dyktatorowi, symboliczną egzekucją. Gdy pokazywano nam zdjęcia Saddama Husajna poddawanego badaniu stomatologicznemu, chodziło tyleż o informację: „Mamy go” (to można by powiedzieć inaczej), co o powiedzenie: „Mamy go, upokorzonego, i mamy nad nim władzę”.
Kamery bywają bronią nie tylko podczas wojen. Oto nakręcony przez uczniów toruńskiego technikum film, na którym prowokują oni nauczyciela, a potem zakładają mu na głowę kosz na śmieci. Władza zostaje tu odebrana nauczycielow i i zwrócona przeciw niemu. Przemoc polega nie tylko na upokorzeniu przed bezpośrednią widownią, ale na zarejestrowaniu i wystawieniu tego upokorzenia na widok publiczny.
Obiektywy często są wymierzane w kobiety – choćby na stronach internetowych ze zdjęciami z kamer ukrytych w solariach, w dramatycznej sprawie samobójstwa czternastoletniej Ani czy w opisywanym ostatnio przez wrocławską „Gazetę” gimnazjum, które żyło zamieszczonym w internecie filmem z udziałem czternastoletniej uczennicy. Już Laura Mulvey, pionierka feministycznego nurtu w teorii filmu, pisała o kobietach uprzedmiotawianych przez męskie spojrzenie kamery. Mężczyźni są tu voyeurami, władcami spojrzenia, w które wpisana może być przemoc.
W dzisiejszych czasach, pisze Sontag, „żyć to znaczy być fotografowanym” i – dodajmy – fotografować. Fotografujemy i filmujemy już nie tylko ważne ceremonie i turystyczne eskapady, ale dosłownie wszystko. Kamery telewizji przemysłowej obserwują nas w sklepach i na ulicach. Młodzi użytkownicy internetowych serwisów społecznościowych, twórcy fotoblogów i moblogów opowiadają o swoim życiu za pomocą obrazów z komórek, aparatów cyfrowych i internetowych kamer. Aparaty i kamery cyfrowe (a wcześniej polaroidy) uwolniły fotografujących od niepowołanego spojrzenia laboranta robiącego odbitki – tak fotografia mogła stać się technologią intymną, częściowo wyjętą spod kontroli społecznej. Podobnie stało się z filmami.
Im mniej rozumiemy uwikłanie tych technologii we władzę, dominację i przemoc, tym większą krzywdę jesteśmy w stanie za ich pomocą wyrządzać innym. Ten problem, który jeszcze niedawno dotyczył wąskiej grupy naukowców, dokumentalistów czy producentów telewizyjnych, dziś może dotyczyć każdego uzbrojonego – dosłownie – w kamerę czy aparat.
„Gazeta Wyborcza” | 26 marca 2007
Komentarze są wyłączone
Telewizja bez telewizorów
Mirosław Filiciak, Mateusz Halawa
Telewizyjna rozrywka zeszła do podziemia. Coraz więcej widzów emocjonuje się odcinkami seriali jeszcze, lub w ogóle, nie pokazanych przez polskich nadawców.
Gdy Małgorzata Bernatowicz, która uczy angielskiego w jednej z warszawskich szkół językowych, pyta swoich uczniów o ulubione programy telewizyjne, dostaje odpowiedzi, których równie dobrze mogliby udzielić uczniowie amerykańskich college’ów. Drugi sezon „Prison Break”, „Scrubs”, trzeci sezon „4400”, dziesiąta seria „South Parku”, trzecia seria „Zaginionych”… Rzut oka na program telewizyjny pokazuje, że tych audycji nie ma co szukać w telewizji. Ci młodzi ludzie kontaktują się z telewizją głównie przez Internet.
Żeby zrozumieć, czym żyją polscy telewidzowie, nie wystarczy już zaglądać do badań oglądalności lub sprawdzać, „co dają dziś po dzienniku”. Trzeba zapuścić się do telewizyjnego podziemia, w którym komputera podłączonego do Internetu nie wyłącza się na noc, z rąk do rąk przechodzą płyty DVD z tytułami namazanymi flamastrem, a powodem spóźnienia do pracy jest coraz częściej noc zarwana na serialowym maratonie zorganizowanym naprędce w prywatnym mieszkaniu z szerokopasmowym łączem i wypożyczonym z biura projektorem multimedialnym.
Dostęp do najnowszych (w ogromnej większości amerykańskich) produkcji nie stanowi dla średniozaawansowanego internauty problemu za sprawą internetowych sieci wymiany plików peer-to-peer (p2p). Słynnego Napstera zastąpiła między innymi jedna z najpopularniejszych form pobierania plików z sieci – BitTorrent. Korzystając z niego, zamiast przeszukiwać zasoby komputerów innych użytkowników danej sieci, użytkownik pobiera ze specjalnego serwisu plik z adresem serwera, na którym znajdują się pożądane dane, np. plik z odcinkiem serialu. Aby zwiększyć efektywność takiego pobierania, pliki dzielone są na małe części i ktoś, kto zaczął ściągać film, w międzyczasie udostępnia go do pobrania innym oczekującym. Ściągając, wspomaga się innych ściągających.
Gdy rozwijała się telewizja satelitarna, kanadyjski teoretyk mediów Marshall McLuhan upowszechniał pojęcie globalnej wioski – odtąd cały świat miał zacząć żyć jednym rytmem. Ten entuzjazm okazał się przesadny, ale z rozwojem Internetu życie codzienne staje się coraz bliższe mcluhanowskiej utopii. W społeczności internetowej grono.net fani wymieniają się uwagami o tym, jak trudno jest czekać na nowy odcinek. Nie mają jednak na myśli jego emisji w Polsce, lecz w USA. „Jakbym miał czekać na »Prison Break« tyle co na »Lost«, to chyba bym się pociął” – pisze ktoś. „A co ja mam powiedzieć z »South Parkiem«…” – wzdycha ktoś inny (nowe odcinki dopiero w marcu).
Serialowy drugi obieg jest na bakier z literą prawa, ma sobie za nic własność intelektualną i prawo autorskie. To też znak nowych czasów. Autor książki „Wolna kultura” Lawrence Lessig pisał, że we współczesnej cyfrowej i sieciowej kulturze rolę prawa coraz częściej przejmuje na siebie kod: robimy to, na co pozwala nam technologia. Z jednej strony daje to właścicielom dóbr intelektualnych pełniejszą kontrolę nad własnością – użytkownik nie skopiuje pliku muzycznego na płytę, jeśli taka możliwość będzie zablokowana (kod może uniemożliwić to, na co zezwala prawo).
Z drugiej strony producenci i dystrybutorzy muszą liczyć się z faktem, że coraz częściej użytkownicy nowych technologii łamią prawo, bo po prostu mają taką możliwość, a ryzyko poniesienia konsekwencji prawnych jest minimalne. Widzowie mogą ściągnąć z sieci nowy film, więc to robią – internetowy boom daje każdemu internaucie nie tylko dostęp do ogromnej, globalnej biblioteki multimediów, ale i możliwość wzbogacenia jej o swoje zbiory.
Gra o dostęp
“Nie kradniesz samochodów, nie kradniesz torebek, nie kradnij filmów; piractwo to kradzież” – apelowała niedawno antypiracka kampania społeczna. Jednak mało kto z użytkowników eMule’a czy BitTorrenta dostrzega tu jakiekolwiek przestępstwo; co innego samochód ukradziony sąsiadowi, a co innego odcinek „Scrubs” nagrany przez telewidza w Nebrasce i umieszczony na ogólnodostępnym serwerze. To kolejna kluczowa cecha współczesnej kultury: jak pisał Jeremy Rifkin, gra toczy się już nie tyle o własność, lecz o dostęp. Problem w tym, że regulacje prawne, skrojone na czasy własności (nie kradnij samochodów), w czasach gry o dostęp okazują się w oczach konsumentów globalnej popkultury zupełnie nierealistyczne: przecież my nie kradniemy – po prostu jesteśmy fanami.
A jeżeli ktoś nie zna angielskiego na tyle dobrze, by rozsmakować się w oryginale w uszczypliwościach wymienianych przez „Gotowe na wszystko”? Zawsze może liczyć na internetową społeczność fanów. W sieci działa wiele serwisów oferujących pisane przez amatorów tłumaczenia do filmów. Próbując określić popularność zagranicznych seriali w Polsce sprawdziliśmy, jak dużą część zasobów największych serwisów z napisami stanowią właśnie napisy do serii – okazuje się, że w niektórych wypadkach stanowią one ponad połowę dodawanych plików.
Niełatwo oszacować rozmiary drugiego obiegu, ale spojrzenie na liczniki odwiedzin portali z polskimi napisami pokazuje, że to już coś więcej niż niszowa rozrywka. W przypadku trzeciego sezonu „Zagubionych” jedna ze stron podaje, że plik z napisami do niektórych odcinków pobrano ponad 70 tys. razy! A trzeba pamiętać, że portali jest kilka, nie wszyscy korzystają z napisów, wreszcie – raz pobrany plik z reguły zostaje wypalony na płycie i wtedy zaczyna się jego drugie życie.
Nie wszyscy bowiem samodzielnie ściągają filmy z Internetu – społeczne sieci w cyberprzestrzeni mają też swoje odpowiedniki w realu. Prześledziliśmy drogę kilku odcinków drugiej serii „Little Britain”, fenomenalnej serii komediowej BBC (w Polsce dostępnej na BBC Prime): płytę dostaliśmy od przyjaciółki, której mąż dostał ją od kolegi, który z kolei zamówił serial u administratorów sieci w swojej firmie (wszyscy prosili o zachowanie anonimowości). Wydaje się, że tak wygląda typowy mechanizm drugiego obiegu seriali – od osób kompetentnych (sprawniej poruszających się po sieciach p2p, mających dostęp do szybkich łączy) przez trendsetterów (którzy często wzbogacają kopię o polskie napisy) do – zachowując proporcje – odbiorcy masowego.
Takiego szeptanego marketingu, w którym przyjaciele polecają sobie w zaufaniu co lepsze tytuły i wymieniają się płytami, oficjalna branża telewizyjna może drugiemu obiegowi tylko zazdrościć. Właściwie każdy widz drugoobiegowej produkcji jest po części fanem – wysiłek zdobycia kopii, znaczniejszy niż proste włączenie telewizora, przekłada się na przywiązanie, wielokrotne oglądanie i bogactwo komentarzy i analiz zarówno w rozmowach przy piwie, w Internecie, w szkole…
„U nas dzisiaj na angielskim kumpel wygłaszał prezentację: Dlaczego »Prison Break« jest lepszy od »Lost«” – pisze na forum grono.net licealista z Wrocławia. „Dlaczego u mnie żaden z moich uczniów nie robi takich prezentacji… przynajmniej byłoby o czym pogadać” – odpisuje mu o dziesięć lat od niego starsza nauczycielka liceum w innym mieście, też fanka.
Tam, gdzie nie starczają znajomości, wkracza (czarny) rynek. Ogłoszenie na jednym z portali: „Sprzedam 2 pełne serie »Prison Break» (napisy polskie). Całość to 3 płyty dvd. Kontakt na maila”.
Być wtajemniczonym
Co daje uczestnictwo w telewizyjnym podziemiu? Wtajemniczenie – bo stajemy się częścią elitarnej grupy, która zna coś, czego inni (jeszcze) nie znają. Z opisu grona tematycznego „Little Britain” (grono.net): „Gdy za dwa lata cały świat oszaleje na punkcie tego wspaniałego serialu, będziecie mogli skrzywić się, rzygnąć i powiedzieć, że jaraliście się tym już 2 lata temu”. Wyróżnienie od reszty przekłada się na lepsze zrozumienie w grupie wtajemniczonych. Gdy koleżanka z pracy zapytana o coś odpowie: „Computer says noooo”, od razu wiemy, że należymy do tego samego klubu. (Tak w serialu „Little Britain” mówi do klientów postać urzędniczki banku, a później biura podróży, Carol Beer). Tomek, pracownik korporacji w branży finansowej, słabość do serialu „House” dzieli z szefem i szóstką kolegów. – Ostatnio szef wrócił z dwutygodniowego urlopu i pierwsze, o co nas zapytał, to: „a seriale gdzie?”. Wypaliliśmy mu płyty.
Widz drugoobiegowy to widz, który przejął władzę. Po pierwsze, bo ogląda, mimo że mu (oficjalnie) nie pokazują. Po drugie, bo ogląda wtedy, kiedy chce i (przeważnie) tyle odcinków, ile chce. – Czasami spotykamy się ze znajomymi na maraton – oglądamy w kilka osób dużo odcinków naraz, przez całą noc. Tak obejrzałem na przykład całą pierwszą serię „Queer as folk” – opowiada Robert Kryński, student kulturoznawstwa z Warszawy.
Niektóre głośne zagraniczne seriale, jak właśnie „Queer as folk”, ze względów obyczajowych lub ekonomicznych – grupa docelowych odbiorców wydaje się zbyt niewielka – nie mają szans w najbliższym czasie trafić do programów polskich stacji telewizyjnych. Ta gejowska opera mydlana, zrealizowana na zamówienie czwartego kanału BBC, pomimo kontrowersji związanych z faktem, że jednym z bohaterów jest 15-latek, odniosła na Zachodzie ogromny sukces – doczekała się nawet nakręcenia amerykańsko-kanadyjskiego remake’u. – „Queer as folk” to mądry serial o społeczności gejowskiej. Nie jest stereotypowy, poważnie traktuje problem coming outu, przemocy, homofobii – mówi Kryński.
W maju 2004 r. serial pokazywano podczas krakowskich Dni Gejów i Lesbijek. Samuel Nowak, prezes fundacji Kultura dla Tolerancji, wspomina: – Bardzo się podobał, kilka osób pytało, czy możemy zrobić dla nich kopię. Na pewno sporo osób ściąga go z Internetu i pożycza sobie później DVD. Ale trudno powiedzieć, żeby była to ikona dla polskich gejów – doświadczenia polskich homoseksualistów, którzy często mają przed sobą coming out, są zupełnie inne i z tej perspektywy jest to raczej „gay fiction”. Myślę za to, że taką ważną rolę odgrywa serial „The L Word” w środowisku lesbijek – widać to choćby po dyskusjach na forach internetowych.
Prawdziwy renesans serialu
Drugi obieg nie istniałby, gdyby same produkcje nie były coraz lepsze. Serial z reguły był ubogim krewnym filmu, jednak zmieniło się to w latach 90. Dziś mamy prawdziwy renesans tej formuły. Wielkie produkcje, wielkie budżety jak w filmach kinowych („Rzym” kosztował blisko 100 mln dol.), czasem znane nazwiska (jak w wypadku „Kampanii braci” wyreżyserowanej przez Spielberga).
Początki boomu często przypisuje się filmom „Z archiwum X” – pierwszy sezon był umiarkowanym sukcesem i planowano zamknięcie serii, ale po uruchomieniu strony internetowej serialu zainteresowanie wzrosło i szybko stał się kultowy. Producenci zrozumieli, że ich publicznością są internauci. Kolejne odcinki okazały się dobrym tematem internetowych dyskusji, pojawiła się też szansa na wprowadzenie wielu wątków.
Jeszcze do lat 90. większość seriali przygodowych czy sensacyjnych budowano jako zestaw autonomicznych odcinków: były perypetie, ale przed końcem odcinka wszystko się jakoś wyjaśniało. Zmieniła to nowa generacja produkcji takich, jak właśnie „Z archiwum X”. Ich pojawienie nie byłoby możliwe, gdyby nie magnetowidy: jeżeli nie pamiętamy, „kto zabił”, zawsze możemy do odcinka wrócić. Dziś taką rolę pełni sieć. Jeśli coś przegapiłeś, to pytaj ludzi, co się działo, pytaj oczywiście – to naturalne dla młodego pokolenia – w Internecie. A skoro już w nim jesteś, ściągnij i inne odcinki.
W cyberprzestrzeni powtarzany jest rytuał codziennych rozmów o serialach – już nie tylko z rodziną czy znajomymi z pracy, ale na skalę globalną. Takie rozmowy są wręcz koniecznością. Weźmy „Zagubionych”. To nie „Moda na sukces” – tu nagradzane jest śledzenie wszystkich bez wyjątku odcinków. Opuszczenie jednego, dwóch czy nawet mało uważne obejrzenie tylko jeden raz grozi pogubieniem się w zawiłościach akcji. Stworzeni z myślą o nowym pokoleniu telewidzów, które więcej czasu niż przed telewizorem spędza w Internecie, „Zagubieni” są obudowani setkami stron internetowych, tworzonych zarówno przez producenta (np. strona fikcyjnej linii lotniczej, której samolotem lecieli bohaterowie serii), jak i fanów. Henry Jenkins, badacz kultury z MIT, autor książki „Kultura konwergencji”, dostrzega w tym zjawisku przemianę kulturową: nowe media pozwalają fanom wytwarzać i dzielić się wiedzą. Nadeszły czasy kultury aktywnego uczestnictwa.
Aleksandra, psycholożka w jednym z warszawskich szpitali, gdy oglądała drugą serię swojego ulubionego serialu „Prison Break”, należała właściwie do amerykańskiej, a nie polskiej publiczności telewizyjnej. Można powiedzieć, że jedyną przeszkodą była różnica stref czasowych i limit szybkości łącza: – Nowe odcinki były emitowane w Stanach co sobotę, więc właściwie już w nocy z soboty na niedzielę zaczynałam szukać pliku, ściągać, a przeważnie w niedzielę wieczorem już mogłam oglądać ten nowy odcinek.
Czy chętnie przypomni sobie stare odcinki, skoro emituje je Polsat? – Ale ja nie mam w domu telewizora!
“Polityka” | nr 6 | 10 lutego 2007
Komentarze są wyłączone
Jak oglądać reality show?
Mateusz Halawa
Dziś TVP pokaże nowe reality show. W „Zakręconym tygodniu” ludzie zostają przez tydzień odcięci od wiadomości z zewnątrz. Potem mają zgadywać, które z medialnych doniesień są prawdziwe
Zabierając głos w dyskusji, która ponad pięć lat temu rozgorzała wokół „Wielkiego Brata”, Zygmunt Bauman pisał o tym, że zamiast odwracać wzrok od tego programu, warto dojrzeć w nim swego rodzaju poligon doświadczalny nowych prądów kulturowych, społecznych norm i wartości. „Nie jest ‘Big Brother’ fotografią, kopią czy reprodukcją dzisiejszej społecznej rzeczywistości, ale jest tej rzeczywistości skondensowanym, wydestylowanym, oczyszczonym (i z tego tytułu uproszczonym!) modelem” – pisał Bauman. „Rzec by można, że naszpikowana kamerami telewizyjnymi kwatera zawodników ‘Wielkiego Brata’ jest czymś w rodzaju laboratorium, w jakim tendencje dzisiejszego społeczeństwa, tendencje w życiu codziennym rozwodnione i rozcieńczone i w natłoku spraw codziennych umykające oczom, poddawane są – widowisko po widowisku – próbom doświadczalnym, w których toku ich możliwości ekstremalne wystawiane są na widok publiczny”.
Lustro kultury konsumpcji
Reality show mówi o świecie wprost (pokazując kursantów nauki jazdy) lub metaforycznie (pokazując walkę o przetrwanie na tropikalnej wyspie), wychodząc z kamerami w codzienność lub zamykając ludzi w domach-laboratoriach, jednak cel jest jeden: wywołać prawdziwe emocje i je pokazać .
Pamiętać należy jednak, że realizm „reality show”, podobnie jak realizm kina, jest raczej konwencją przedstawiania niż zapisem ze „zwierciadła obnoszonego po gościńcu”. Z programów tych możemy dowiedzieć się dużo o świecie, lecz tylko pod warunkiem, że będziemy oglądać je wbrew nim – demaskując konwencje i ujawniając ukryte założenia.
Tak oglądane reality show jest znakomitym lustrem kultury konsumpcji, z kluczowymi dla niej kategoriami stylu, marki, mody i metamorfozy. Mamy więc programy randkowe polegające na zaglądaniu do pokojów poszczególnych kandydatów lub kandydatek. Zobaczmy, jakiej marki ubrania nosi, czy podąża za modą, a dowiemy się, jakim jest człowiekiem.
Nowy wspaniały świat
Przedmioty, którymi obrastamy przez całe życie, niczym poszlaki w pracy policyjnych dochodzeniowców (kolejny temat fascynujący telewizję w ostatnich latach), mają tu mówić nie tylko o upodobaniach, ale i o osobowości. Sztuką jest nie tylko umiejętne gromadzenie i dobieranie przedmiotów, ale i pozbywanie się tych, które nie są już potrzebne. Ilu kandydatów na randkę przepadło przez ukrytą na dnie szafy maskotkę z dzieciństwa, która rujnowała ich image twardych mężczyzn! Problemem tym też się zajęto, przygotowując program, w którym grupa ekspertów pomagała mieszkańcom zagraconych mieszkań ustalić, co jest potrzebne, a co nie. Selekcja taka odbywa się oczywiście według określonych kryteriów prezentowanych jako „oczywiste” i „jedynie słuszne”. W konsumpcjonistycznym reality show nowsze jest wrogiem nowego i trzeba być na bieżąco z najnowszymi regułami dotyczącymi tego, „jak się nie ubierać”.
Reality show chcą nie tylko opisywać świat, ale i ulepszać go, ulepszając ludzi: odsysając ich zbędny tłuszcz, prostując i wybielając zęby, przemeblowując ich dom tak, by czuli się w nim lepiej, ucząc ich, jak należy wychowywać dzieci, dając instrukcje, jak zachować się na randce, znajdując życiowych partnerów tym, którzy sami nie potrafili ich znaleźć. Dla tego nurtu reality show kluczowa jest rola eksperta – może to być chirurg plastyczny lub stylistka, projektantka wnętrz bądź obsadzona w tej roli przez telewizję uczestniczka innego reality show, psycholożka czy chłopak uznany przez producentów za szczególnie skutecznego uwodziciela. Ekspert ów dysponuje wiedzą o tym, jak sprawy powinny się mieć, i sukces metamorfozy polega na tym, żeby ufnie oddać się w ręce specjalisty. Ekspert bywa policjantem – może zatrzymać nas na ulicy i ukarać mandatem za buty niepasujące do torebki. Jak w przypadku zwykłej policji stawką jest tu takie (definiowane przez telewizję) dobro publiczne: wolność jednych do noszenia gryzących się dodatków nie może przecież naruszać prawa innych do życia w świecie estetycznie ubranych. Warto przyglądać się temu, co wolno, a czego nie wolno w świecie reality show – czy tego chcemy, czy nie, to między innymi telewizja pisze dziś reguły etykiety.
Jak urosnę, to będę gwiazdą
Reality show są również zwierciadłem nowych wzorów osobowych: kiedyś wymarzonym zawodem był inżynier czy astronauta, dziś będzie to aktor lub telewizyjna “osobowość”. W programie telewizyjnym z 1968 roku możemy znaleźć zapowiedź teleturnieju, w którym grupa psychologów za pomocą specjalnych testów sprawdzała, która z grup – kobiety czy mężczyźni – lepiej nadaje się do zawodu maszynisty. Dziś telewizja raczej ocenia naszą przydatność do roli telewizyjnej gwiazdy, muzyka czy aktora. Jeżeli wybór maszynisty na promowany w telewizji cel kariery razi nas jako ideologiczny, dostrzeżmy ładunek zupełnie innej ideologii, ale wciąż ideologii, we współczesnych poszukiwaniach talentów.
Wiele programów reklamowanych jest nie jako „show”, lecz jako „społeczny eksperyment”. To nie gabinet osobliwości, lecz nauka – sugerują producenci. Mamy więc do czynienia z „poszukiwaczami prawdy o społeczeństwie”: pokażemy wam oblicze prawdziwych Polaków, czego naprawdę pragną kobiety, co to naprawdę znaczy być piękną. Wyższym niż rozrywkowe celom mają też służyć takie eksperymenty jak zamiana żon na kilka tygodni czy umieszczenie w domu z kamerami mężczyzn homo- i heteroseksualnych.
Nie wiemy, co będzie, ale cokolwiek się stanie, obiektywnie wam o tym opowiemy, bo tu tkwi prawda o ludziach. Jest to jednak rodzaj samoograniczającej się poppsychologii i popsocjologii, która jest zainteresowana ludźmi o tyle, o ile łatwo rozpoznać w nich można z góry założone typy: łysych i blondynki, gejów i heteryków, rodziców sterroryzowanych przez dzieci, zaniedbaną brzydulę czy – w przypadku od niedawna emitowanego przez Polsat show – piękną i geniusza.
Ta zachowawczość przy pozorach prawdziwego zainteresowania jednostką pokazuje, że rzekoma rewolucja reality show to rewolucja pozorna. Twórcy telewizyjni wiedzą, że w masowych mediach przekraczać granice można tylko w obrębie nieprzekraczalnych granic. Wiadomości telewizyjne oglądamy przecież zarówno po to, żeby dowiedzieć się, co nowego, jak i po to, by potwierdzić swoją wizję świata obserwacją, że w zasadzie nie dzieje się nic nowego.
Podobnie jest z reality show: muszą one zachęcać nas tym, że powiedzą nam o człowieku coś nowego, a jednocześnie nie przekraczać bezpiecznych ram wiedzy potocznej – tego, co powszechnie i tak wiadomo.
„Gazeta Wyborcza” | 5 lutego 2007
Komentarze są wyłączone
Kiepscy nie tacy kiepscy?
Mateusz Halawa
Serial ten proponuje oczyszczającą kpinę ze społecznych hierarchii i charakteru narodowego. Po siedmiu latach emisji „Świat według Kiepskich” uznać moża za trwałą ikonę polskiej popkultury.
Wielu odstraszają wulgaryzmami, dosadnością i głupkowatymi żartami. Często balansują na granicy dobrego smaku, jeszcze częściej ją przekraczają. On (bezrobotny, z piwem, przed telewizorem) o niej: „głupia baba”. Ona (zaharowana salowa, przeważnie w papilotach) do niego: „ty jełopie durnowaty”, „idioto”. Do tego dwoje nierozgarniętych dzieci i babcia, tym bardziej akceptowana, im bliżej wypłaty renty. Oto rodzina Kiepskich. Warto odłożyć uprzedzenia na bok, bo ze wszystkich rodzin polskiej telewizji ta jedna ma coś ważnego i ciekawego do powiedzenia.
To nasz siódmy rok ze „Światem według Kiepskich” i publicystyczna burza wokół serialu zdołała już ucichnąć. A było gorąco. Medioznawca ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej Wiesław Godzic w swojej książce „Telewizja i jej gatunki” przyglądał się temu, co o Kiepskich mówiono przez kilka miesięcy po premierze. Zebrane przez niego cytaty są najeżone takimi słowami jak „miernota”, „nieudacznictwo”, „żenada”, „szalet”, „chłam”, „kretynizm”, „dno”. Szybko zresztą nie tylko o Kiepskich mówi się tymi słowami, ale i używa etykietki „Kiepscy” na nazwanie wszystkiego, co mierne, żenujące i kretyńskie. Godzic cytuje publicystę, który zżyma się, że Polska jest krajem „Kiepskich i Radia Maryja”.
– Intelektualiści grzmieli: czas umierać! – wspomina pierwsze lata serialu Andrzej Grabowski (główny bohater – Ferdek Kiepski). – Koledzy mówili: Andrzej, w jakim ty gównie grasz, i jak sami przyjeżdżali grać, to się wstydzili. Tygodniki opinii odsądzały ich od czci i wiary.
Niedługo po premierze serialu „Polityka” pisała o „pochwale matolstwa” i „nobilitacji nieudacznictwa i bylejakości”. Serial krytykowany był za podtrzymywanie przekonania, że nic nie musi i nie może się zmienić i „lepiej wybrać wegetację na marginesie życia z butelką kiepskiego piwa w dłoni”.
Zarzuty to słuszne, lecz jedynie z pewnej perspektywy – i nie jest to perspektywa przypadkowa. Jej zidentyfikowanie i nazwanie znacząco pomaga zrozumieć fenomen „Kiepskich” i paniki, jaką wzbudzili w środowiskach opiniotwórczych. Jest to mianowicie perspektywa wartości klasy średniej, wpajanych zresztą widzom przez większość innych produkcji telewizyjnych.
Klasowość jest w polskich serialach często redukowana do sielskich obrazków i unieważniana przez ideologię bezklasowej „rodzinności”. Tymczasem sędzina Mostowiak z „M jak miłość” z przyjemnością odwiedza swój pachnący plackiem ze śliwkami dom na wsi w Grabinie, ale przecież nie wyobraża sobie przyszłości swoich dzieci na wzór życia swoich rodziców. W niedzielny wieczór, po udanym wiejskim weekendzie, odjeżdża do Warszawy, by tam robić karierę zawodową, mieszkać i ubierać się nowocześnie oraz koncentrować się na edukacji swojego dziecka – nie waha się wysłać syna do szkoły w Stanach Zjednoczonych (wszak dobra znajomość angielskiego zwiększy jego szanse na rynku pracy). Celebracja „rodzinnych wartości” skrywa opowieść o aspiracjach, społecznej mobilności, wiecznym niezadowoleniu ze swojego miejsca w społecznej hierarchii i podporządkowaniu planów życiowych statusowi w społeczeństwie.
Większość bohaterów polskiej telewizyjnej popkultury, nawet jeżeli do klasy średniej formalnie nie należy, to kombinuje, jak do niej trafić.
Kiepski godzinami siedzi w fotelu, bez pracy, i popija mocnego fulla. Jego coodcinkowe pomysły („mam pomysła!”), które mają wszystko odmienić, są tak absurdalne, że dekonstruują założenie, że coś w ogóle powinno się zmieniać. W każdym odcinku dzieją się cuda i pojawiają się perspektywy porównywalne z gorączką złota. Ale na końcu wszystko zawsze wraca do punktu wyjścia: Kiepski siedzi w fotelu, bez pracy, i popija mocnego fulla.
Jest to sytuacja, która czasem zdarza się też serialowym bohaterom klasy średniej (rekwizyt jest inny: czerwone wino). I dla nich, i dla ich otoczenia jest to jednak sygnał alarmowy. Rodzina i przyjaciele ruszają ich ratować, załatwiać pracę, namawiać na jogging, odchudzanie, siłownię, kurs językowy, daleką podróż. Zrób coś ze sobą! Nie siedź tak! W najcięższych przypadkach sięga się po medycynę, która orzeka, że bohater jest w depresji. Po kilku odcinkach jest już lepiej – wsparcie przyjaciół, trochę nowych ubrań, profesjonalna opieka lekarska i konsekwencja w wysyłaniu listów motywacyjnych sprawiają, że bohater wychodzi na prostą.
Kiepski, mimo że wyczerpuje wszystkie objawy średnioklasowej depresji, ma się świetnie bez metamorfoz i ani mu w głowie się za siebie zabierać.
Jest więc raczej członkiem underclass i czyni go to zresztą kiepskim konsumentem. Większość oferowanych nam towarów ma wszak być czymś więcej niż tylko jogurtami naturalnymi czy kremami przeciwzmarszczkowymi – chodzi o rzeczy, które mają pomóc nam w przemianie w osoby aktywniejsze, zdrowsze, modniejsze, atrakcyjniejsze… Rynek coraz częściej chce mówić do konsumentów, którzy mają aspiracje, i oferować im produkty, które będą narzędziami do przemiany w kogoś lepszego. Tymczasem Kiepski do niczego nie aspiruje. Być może dlatego musiał zniknąć z Polsatu w zeszłym sezonie. – Polsat zmieniał wizerunek i Kiepscy do niego nie pasowali – mówi reżyser Okił Khamidow. Generowana przez serial oglądalność okazała się jednak nie do pogardzenia. – Teraz znów nie psujemy wizerunku – śmieje się Khamidow.
Żyjąca na granicy minimum socjalnego rodzina Kiepskich jest jednak dość nietypowym sąsiedztwem dla estetyki wieczornych bloków reklamowych. Po wspólnym obejrzeniu jednego z odcinków w studiu badawczym firmy 4P research mix, zapytałem grupę widzów, którzy źle oceniali finanse swojej rodziny, o to, czy ich zdaniem Kiepscy żyją godnie. (Współczesny świat odbiera godność tym, którzy nie mogą brać udziału w konsumpcyjnej grze, pisał Zygmunt Bauman). – Każdy ma to, na co go stać, i nie powinien się tego wstydzić – usłyszałem. I ten serial jest trochę o tym? – Tak. Wydaje się: biedne życie, należałoby się go wstydzić. Ale nie każdy z nas musiał skończyć studia, mieć superpracę. W dzisiejszych czasach przestaje się liczyć to, jakimi jesteśmy ludźmi, a ma się liczyć to, co posiadamy.
Jeżeli jakikolwiek program w komercyjnej telewizji jest zdolny podważyć przekaz przerywających go reklam, to właśnie „Świat według Kiepskich”.
Widzowie serialu zwrócili też uwagę na kluczowy chyba paradoks: z jednej strony Kiepski to leń, nieudacznik i głupek, wydawać by się mogło – pozbawiony jakichkolwiek wartościowych cech. – Dla mnie to on nie jest mężczyzną – mówiła jedna z kobiet. – Na utrzymaniu żony. No, można stracić pracę, ale… on nie ma żadnych zainteresowań! Chodzi w takich gatkach, ani nie ubrany, ani nic. Nie jest to mąż godny pochwały. Nie można się pochwalić. W domu nic nie robi oprócz tego, że pije piwo, alkohol albo je paluszki. Z drugiej strony, zapytani o to, czy jest w Kiepskim coś, co cenią, mówili o optymizmie, dobrym samopoczuciu, braniu życia na wesoło. Wychodzi więc na to, że gdyby był mądrzejszy, nie miałby się z czego cieszyć? Widzowie przytaknęli. W oczach innych przegrany, w swoich oczach nie mający sobie nic do zarzucenia Kiepski jest szczęśliwy, bo nie zauważył, że jest bezrobotny.
Scenarzyści serii Aleksander Sobiszewski i Patrick Yoka dotykają tu ciekawego problemu świadomości swojej pozycji w społeczeństwie – przyjemność z oglądania serialu to przyjemność karnawałowa: łączy się ze zdolnością do podważania hierarchii, brania w nawias społecznych dystynkcji i dystansowania się od związanych z nimi norm. Jeden z widzów wspominał: – Był kiedyś taki odcinek, w którym Kiepscy wpadli w lustrzane odbicie i była z nich rodzina profesorów. Inaczej się wysławiali. Halinka jako dama, tatuś jako profesor, taki wyczesany. Syn grał na skrzypcach, ludzie na poziomie. I kończy się tak, że Ferdek przegląda się w lustrze i widzi jednak swoje odbicie.
Ferdek jest tu figurą błazna, który widzi więcej i ostrzej nie pomimo, lecz dzięki swojej pozornej głupocie. Każda szanująca się rodzina żyje sparaliżowana strachem, że mogłaby stać się Kiepskimi. Kiepscy takiej obawy nie mają i dzięki temu mogą mówić o społeczeństwie więcej i ciekawiej niż związani konwenansami bohaterowie „Magdy M.”. Okił Khamidow: – Ostatnio rodzina Kiepskich z sąsiadami patrzyli w lustro i pytali: „Czy jesteśmy piękni?”. Lustro odpowiadało dyplomatycznie: „Jesteście odbiciem waszego społeczeństwa”.
„Świat według Kiepskich” jest jedną z niewielu systematycznych autorefleksji, na które polska kultura popularna była zdolna w ostatnich latach się zdobyć. Bo na głębszym i bardziej wyrafinowanym niż poszczególne gagi poziomie znaczeniowym (którego istnieniu zaprzeczają krytycy serialu i który z łatwością dostrzegała grupa lepiej wykształconych widzów, z którymi rozmawiałem) „Kiepscy” opowiadają o Polsce.
– To taki trochę Zagłoba – powiedział jeden z widzów o Ferdynandzie. – Do tego kłótliwy, leniwy, żonę oszukuje, wiecznie pijany… fajny chłop. Inni dodawali: – Cała ta martyrologia, narzekanie, ale i fantazja ułańska.
– Polacy kochają swoje wady narodowe, a Kiepscy je prześmiewają – mówi Andrzej Grabowski. – Są przecież nieszkodliwi, chociaż ich wady ciągną się od sarmatyzmu – pijaństwo, lenistwo, głupawe pomysły, mówienie nieprawdy. My też na to cierpimy. I może już dorośliśmy do tego, by się z tego śmiać. Amerykanie śmieją się z Borata, Anglicy kochają Jasia Fasolę. I Polacy też powoli nie boją się powiedzieć, że Kiepski czasami bywa uosobieniem polskich cech narodowych.
Telewizyjna persona Kiepskiego sprawdza się również w sferze politycznej. Grabowski: – Kiedyś padło hasło: „Ferdek na prezydenta!”. I ludzie podchodzili do mnie i mówili: Panie Ferdku (nienawidzę, jak tak robią), ma pan nasz głos, nasze poparcie. Okił Khamidow wymienia: – Ferdek startuje na prezydenta, naprawia kasę chorych, a nawet świat. Raz był ministrem wszystkich Polaków. Ale podkreśla: – Nigdy w politykę nie wchodzimy. Z drugiej strony jednak gorące tematy w polskiej publicystyce przewijają się – silnie zmetaforyzowane – przez kamienicę Kiepskich. – Rozmawiałem dzisiaj z sąsiadką – mówi Khamidow – i opowiadała mi odcinek, którego nie pamiętałem. Emitowano go dwa lata temu. Wszyscy Kiepscy i sąsiedzi chcą wyjechać do pracy do Anglii. Jedynie Ferdek zostaje mówiąc, że tu jest jego kraj. Na końcu śpiewa patriotyczną piosenkę, by przekonać rodzinę. Ten odcinek do dziś jest aktualny.
Kiepscy wiele mówią o polskiej kobiecości, męskości i rodzinie. Widzowie o Halince Kiepskiej (Marzena Kipiel-Sztuka): – Ona sama musi wszystko robić. Myśli, żeby utrzymać ten dom, żeby było co do garnka włożyć. Jest bardziej rozsądna niż on i ma własne zdanie, nie zajmuje się głupotami. Jest bardzo pracowita, odpowiedzialna. Wraca zmęczona, on mógłby obiad zrobić, ale nigdy nie robi. Więc jest zawsze podenerwowana.
Widzom brakuje u Halinki właściwej Kiepskiemu wyobraźni, fantazji, polotu, ale to właśnie jej twarde stąpanie po ziemi ratuje w każdym odcinku kruche ekonomiczne podstawy „Świata według Kiepskich”.
Mamy tu mocne rozprawienie się z mitem patriarchalnej rodziny i dowartościowaną kobiecość: obiektywnie to Halinka jest głową rodziny, ona wyznacza granice zachowania Ferdka, ona ma ekonomiczną władzę chociażby odcięcia go od „piwów”. „Kobiety w »Kiepskich« są mądrzejsze od mężczyzn, bardziej doświadczone od nich i w dodatku utrzymują mężczyzn” – komentuje w swojej książce Wiesław Godzic. „Są opiekunkami ogniska domowego, zapracowanymi marzycielkami, które kochają swoich sympatycznych nieudaczników. To rodzina, której struktura (faktyczna władza i finanse) podtrzymywana jest przez kobiety”.
Wartością „Kiepskich” jest ujawnianie i krytykowanie (na ile, oczywiście, telewizja taką krytyczną funkcję może pełnić) społecznych i kulturowych ram polskiego życia codziennego. Dwa razy w tygodniu w Polsacie dostajemy więc coś w rodzaju społecznej socjoterapii. Bohaterowie na razie nie są zmęczeni. Andrzej Grabowski: – Grałem i u Schlöndorfa, i w „Złotopolskich”. I u Koterskiego, i w „Pitbulu”. W „Kiepskich” znowu zagram. Bo to jest ikona.
Dziękuję agencji badawczej 4P research mix za pomoc w realizacji wywiadów z widzami.
Współpraca: Ian Pelczar
„Polityka” | nr 1 | 4 stycznia 2007
Komentarze są wyłączone
Gwiazdka na niebie, Kevin na ekranie
Mateusz Halawa
„Potop”, „Szklana pułapka”, „Bezsenność w Seattle” i inne tradycyjne potrawy wigilijne, czyli jak zmieniała się świąteczna ramówka polskiej telewizji od 1957 roku do dziś.
A w telewizji znowu to samo – to powtarzane od kilkudziesięciu lat westchnienie staje się już częścią bożonarodzeniowej tradycji. Ale co to jest to „to samo”? Postanowiłem przyjrzeć się telewizyjnym ramówkom, które towarzyszyły polskim widzom w święta Bożego Narodzenia (1957-2006).
Telewizja PRL-u starała się widzieć w Bożym Narodzeniu tradycję, ale nie religię. Były więc i kolędowanie, i jasełka, i „Opowieść wigilijna”; pastorałka tradycyjna (1957 – wg opracowania Schillera) i nowa (1968 – „Hej, kolęda deska” zespołu No To Co). Jednak nic o treści bezpośrednio religijnej. Samo Boże Narodzenie jest słowem niewygodnym: w 1974 wyemitowano audycję „W dniu imienin Adama i Ewy” – to o Wigilii.
Santa na Dzikim Zachodzie
Że przyszły święta, poznawało się w latach 70. po westernach (wcześniej po musicalach): drugi dzień świąt 1975 „Dwójka” ogłosiła wręcz „dniem kina westernów” i wyemitowała cztery filmy tego gatunku oraz dodatkowo odcinek „Bonanzy”. Na społeczny oddźwięk nie trzeba było długo czekać. W 1983 roku w świątecznym programie znajdujemy reportaż o robotniku z Pszczyny, który samodzielnie nakręcił western.
Nostalgia za westernami najwyraźniej trwa, skoro telewizje komercyjne w ostatnich latach postanowiły przypomnieć w święta takie filmy, jak „Rio Bravo”, „Z zaciśniętymi zębami” czy „Butch Cassidy i Sundance Kid”. Współcześnie tę rolę wydaje się odgrywać też kino akcji, obowiązkowo z Bruce’em Willisem („Szklana pułapka”!).
Święta okazują się katolickie dopiero w 1986 roku, kiedy „Jedynka” po raz pierwszy transmituje pasterkę z Watykanu (telewizyjny Ośrodek Badania Opinii Publicznej oceniał, że obejrzało ją dwie trzecie widzów). W 1989 roku można po raz pierwszy usłyszeć homilię Prymasa. Razem z religią wkracza na ekrany kapitalizm: w 1990 roku “Dziecię zwane Jezusem” sąsiaduje z 59. odcinkiem „Dynastii”, a oddzielają je reklamy. Dawkę świątecznego ciepła, romantyzmu i miłosnych uniesień zapewniają widzom od tej pory komedie romantyczne, z emblematyczną „Bezsennością w Seattle” (w tym roku w Wigilię na Polsacie).
Telewizyjne święta właściwie przeniosły się do Stanów Zjednoczonych. „Jingle bells” przygrywa amerykańskiemu Sancie, który bywa „muskularny”, „śnięty”, „w krzywym zwierciadle”, ma „żony Świętego Mikołaja” (w tym roku: „Czy Święty Mikołaj się rozwodzi?”). O ile w telewizji PRL-u „świąteczną ikoną” był Kraków, o tyle teraz jest to, mimo silnej pozycji Seattle, Nowy Jork.
A w Nowym Jorku oczywiście Kevin (również: „Kevin sam w domu”). To nasza siódma Gwiazdka z Kevinem. Takiego wyniku nie osiągnął nawet „Potop”, który wraz z „Panem Wołodyjowskim”, „Przygodami Pana Michała”, „Ogniem i mieczem”, teleturniejem „Polska za Piastów” (1965) czy dniem tematycznym pod hasłem „Soplicowo” („Dwójka”, 1999) przypomina, że nasze święta są też celebracją polskości i przywołaniem narodowej ikonografii.
Nowa, świecka tradycja
Z okazji Bożego Narodzenia telewizja, która na co dzień lubi mówić dużo o sobie, mówi o sobe jeszcze więcej. Dziennikarze i prezenterzy gotują świąteczne dania, śpiewają kolędy i dzielą się z widzami swoimi rodzinnymi tradycjami. W 1959 roku na okładce „Radia i Telewizji” można było znaleźć m.in. fotomontaż ze zdjęciami Edyty Wojtczak i Ireny Dziedzic wpisanymi w bombki. „Naszą choinkę zdobią spikerki telewizyjne” – tłumaczyła redakcja. Wydaje się, że jest tak do dzisiaj. Rodzina Lubiczów z „Klanu” usiądzie do wigilijnej kolacji razem z widzami już dziesiąty raz (w „M jak miłość” czas płynie inaczej, ale dobra oglądalność trzech świątecznych odcinków i tak jest gwarantowana).
Święta to też czas „wydań specjalnych”. Mieliśmy więc świąteczne „Tele-echo” Ireny Dziedzic (wczesne lata 60.), „Piórkiem i węglem” Wiktora Zina („w czasie Świąt profesor Wiktor Zin będzie mówić w telewizji o architekturze szopek krakowskich”, zapowiadała prasa w 1968), ale i nie tak dawno świątecznych “Milionerów” czy świąteczny pojedynek gwiazd pierwszego „Big Brothera” z gwiazdami drugiego “Big Brothera”. W Wigilię 20 lat temu Hanna i Antoni Gucwińscy zastanawiali się w specjalnym wydaniu „Z kamerą wśród zwierząt”, co mówią zwierzęta.
Osobną analizę należałoby poświęcić stroikom na stołach prezenterów programów informacyjnych i obowiązkowej informacji-ciekawostce o płetwonurkach, którzy ustawili pod wodą choinkę i podzielili się opłatkiem.
Nuda? Raczej istota współczesnej kultury. Norweski kulturoznawca Toruun Selberg uważa, że takie stałe punkty programu to rytuały epoki masowych mediów, w której „wszystkich znaków na niebie i ziemi” należy szukać na ekranach telewizorów.
Witajcie w czasach, w których zamiast pierwszej gwiazdki wypatruje się Kevina.
„Gazeta Wyborcza” | 23 grudnia 2006
Komentarze są wyłączone






Komentarze są wyłączone